Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

sobota, 12 marca 2011

Samokrytyka (uwaga, narzekamy!)

No tak, wczoraj skoczyliśmy krętą dróżką ku pewnemu domowi...poprzednio byliśmy tam prawie rok temu. Nie dało się nie zauważyć zmian.
Sądziliśmy, że postęp tego przedsięwzięcia każe nam spuścić łby i nieco się podłamać.
Jednak zamiast wywołania czarnej rozpaczy widok odratowanego domu wzmocnił w nas przeświadczenie, że się da.

Wracaliśmy z tej wycieczki podbudowani...aż tu nagle (co było do przewidzenia, bo patrolowanie obejścia przy każdej nadarzającej się okazji uznajemy za nieodzowne) naszym oczom ukazał się numer 8. I zawołał o pomstę do nieba. Sam dom, z zewnątrz, nie wygląda może tragicznie. Ale wnętrza i obejście...z pewnością nie świadczą dobrze o właścicielach. Hej, to przecież my nimi jesteśmy! Opiekujemy się Oldbojem od ponad roku, a on i jego otoczenie wyglądają, jakby nikt nic tam nie robił od dziesięciu lat. (No dobra, może wcześniej wyglądał, jakby nikt nic tam nie robił od lat dwudziestu, niemniej jednak kac moralny jest.)

Szukamy usprawiedliwień.

Może to dlatego, że prace z Okruchem u boku dzielić trzeba przez dwa?

Może to dlatego, że w sensownej odległości od domu mieszkamy od października i ten sezon jest w zasadzie pierwszym, w którym możemy działać regularnie?

Może to dlatego, że zaczęliśmy od likwidacji grzyba, poprawienia wentylacji w domu i renowacji rowu, co według nas miało dominujący wpływ na powstrzymanie dalszej degradacji Staruszka?

Może to dlatego, że kiedy inaugurowaliśmy sezon w zeszłym roku (czytaj: przywlekliśmy się na nasze włości z Poznania) wszystko porastała już piękna, wybujała roślinność i dopiero teraz widać, co się pod nią czaiło (no śmieci, sterty śmieci się czaiły, butelki, puszki, metalowe, pordzewiałe gabaryty, skrawki folii, guma w postaci płacht, opon, uszczelek, oraz morze potrzaskanego eternitu poupychanego wszędzie, gdzie się da, w małych sterciątkach tkwiącego na łące, czającego się za szopą na drewno, po prostu i najzwyczajniej, jak gdyby nigdy nic, panoszącego się po obejściu...)?

Jako podsumowanie wywodu - wisienka na torcie, wspomniany już tapczan pospolity jako uszczelnienie powały:


Jest nam wstyd. Cóż począć, dzisiaj będziemy walczyć dalej.

11 komentarzy:

  1. Kochani! Wierzymy w Was! Niech no się tylko ociepli ruszycie z kopyta z robotą. Może i remontu w tym roku nie skończycie, ale porządek będzie na pewno!

    OdpowiedzUsuń
  2. przecież niektórych działań nie widać na zewnątrz, jak np. likwidacja grzyba:)a co do wszelakich śmieci-u nas jest tego dużo w środku, ciągle te śmieci się generują,nie wiem jak:)
    Uszy do góry:)!
    opieka nad Okruchem z pewnością wyłącza 1 sztukę rodzica z pracy-u nas tak jest odkąd młoda się pojawiła:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przecież tam jest pracy na kilka osób! Na pewno nie na dwoje rodziców z małym dzieckiem.
    Spróbujcie zatrudnić kogoś ze wsi, a uzyskacie co najmniej trzy pieczenie na jednym ogniu:
    - nie będzie syndromu "opadających rąk" (my mieliśmy taki wobec ogromu pracy, który nas przerastał), bo będziecie się wzajemnie mobilizować.
    - dobra, zdrowa integracja z wsią.
    - tych, którzy dają pracę i płacą parę złotych, nie okrada się i nie niszczy ich mienia.
    - no i podstawa - prace ruszą do przodu, bo ludzie rdzennie wiejscy są naprawdę "zaprawieni w boju", jeżeli chodzi o bardzo ciężką pracę.
    Znają też różne sposoby, które miastowym nie przyszłyby do głowy.
    Życzę Wam mnóstwo siły i zapału!
    Pozdrawiam serdecznie! Magda

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, nawet, jak ogarniecie wszystko dookoła domu, to po każdej zimie będą czaić się jakieś niespodzianki. My już 10 rok na swoim i zawsze o tej porze nie wiemy, w co ręce włożyć! Trzeba więc podejść do tego z filozoficznym spokojem i bez stresu, jednym słowem -luzik :-) A Okruch trochę podrośnie i niedługo pomoże :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie ma co bić się w pierś, po zimie wszędzie jest brzydacznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo porządnie przeprowadzona racjonalizacja:))))

    Jak zapatrujecie się na pomysł integracji z wsią? Wydaje się ciekawy. A poza tym - oj tam zaraz widok. Metoda małych kroczków tak właśnie wygląda. Spoko.
    Pozdrawiam z całego serca:)

    OdpowiedzUsuń
  7. mnie Wasze usprawiedliwienia przekonały :) dajecie radę! :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ależ nie ma co się wstydzić- Przy takim ogromie pracy, jeszcze długo tylko wy będziecie widzieć co zostało zrobione. Na waszym miejscu nie przejmowałabym się zbytnio, bo ten kto zmagał się z podobnymi wyzwaniami, dobrze wie co to znaczy pot i łzy wylane nad ukochanym kawałkiem obejścia!

    OdpowiedzUsuń
  9. to nas będzie dwóch grzybiarzy:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Po pierwsze bojkotuję ten wpis, ale dopiero od drugiego akapitu, bo pierwszy jest o nas :) A tak na poważnie, gwarantuję Wam, że jak byście zwiedzili nasze włości, to doszlibyście do identycznych wniosków, jak u siebie :) Mam wrażenie, że śmieci budowlane i inne, bliżej nie określone są generowane w takich ilościach, że wręcz niemożliwe jest ich opanowanie - ciągle szukamy sposobu i ... nic...
    Ps. Może, jak zamieszkamy będzie łatwiej??

    OdpowiedzUsuń