Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papierkowa robota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papierkowa robota. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2012

Wizualizacja.

Gapienie się w nieistniejącą już czeluść szamba jest niezaprzeczalnie fantastycznym uczuciem.
Było... i nie ma. (Przystajemy koło ex-dziury często i z satysfakcją wzdychamy.)
Mała rzecz, a cieszy!


Z nieprzemijającej okazji oczekiwania na pozwolenie na rozbudowę (w najlepszym razie zstąpi na nas w sierpniu, nie przyzwyczajamy się jednak nadmiernie do tej myśli) nadal zajmujemy się zabawą w działkowców i ogrodników. Idzie nam wybornie.

Wszystko będzie kiedyś wyglądało mniej więcej tak:


Zrealizowaliśmy

-konwalie na grobowcu szamba,

-wbicie dwóch grubych pali i ustawienie kolejnej sterty kamieni jako podwaliny pod ogrodzenie złożone z tego, co pod ręką (kamienie, resztki domu, chaszcze) - może zrobilibyśmy więcej, ale oczywiście nie mieliśmy gwoździ, a na dodatek nie chciało nam się wywlekać taczki z piwnicy, ładować jej do bagażnika i wdychać dziwnej woni, jaką taczka wydziela, w czasie podróży na włości,

-sianie naparstnic i ostróżek (trzymajcie kciuki, rozmnażanie roślin z nasion wychodzi nam fa-tal-nie),

-sadzenie róż (czerwone kulki zimą),

-wpuszczenie w grunt sadzonek winobluszczu (-szcza?) (wiemy, wiemy że przywleczony zza Wielkiej Wody, ale TA czerwień jesienią...no nie mogliśmy sobie odmówić).

Poza tym dokładnie czytamy moheryjne posty.

Oglądamy Maję w ogrodzie (bo pokazują rośliny i mówią, co to za jedne).

Gapimy się na ekipę remontującą (z projektem!!!) poddasze, które widzimy z naszego betonowego okna w Mirsku i zastanawiamy się, czy wyciągać od nich namiary. Szukanie fachowców nas przeraża.
(Sąsiedzi z Grudzy - liczymy na Wasze doświadczenie!)

W kontekście fachowców z nadzieją rozpamiętujemy postać W., spotkanego podczas Dnia Otwartych Domów Przysłupowych w najlepiej rokującym pośród tychże - Śledzibie.

Intensywnie myślimy o przeistoczeniu STRASZNEJ STERTY w coś bardziej praktycznego.
Foto by Stanisław


Myślenie idzie nam doskonale.
Realizacja w powijakach...zdążyła już zarosnąć.





środa, 18 kwietnia 2012

Pani P. juz tu nie pracuje.

Pani P., doprowadziwszy naszą sprawę do końca, opuściła posterunek w UMIGu.
Dzisiaj już jej tam nie było, była natomiast informacja, że goniec przyniesie nam dokumenty, które zostały wysłane także do D., architekta.

D., architekt, sądził, że na warunki będziemy czekali kolejne pół roku... a tu taki psikus!
Jesteśmy szczęśliwi, że nie daliśmy się wpuścić wyżej wymienionemu w mnożenie projektów (na nasz koszt), mające na celu oszczędzanie czasu.
Nasza wdzięczność wobec Pani P. nie ma granic.

No i dzięki za obgryzanie paznokci oraz toasty:)

Teraz jeszcze uprawomocnienie się decyzji - dwa tygodnie.
Potem składanie wniosku o pozwolenie na budowę w wykonaniu D., architekta.(Czas trwania - nie do określenia.)
Następnie sześćdziesiąt dni czekania na pozwolenie.
I kolejne dwa tygodnie na uprawomocnienie się decyzji.

No to co? Czekamy dalej!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Cuda chodzą parami.

Nie dość, że nasze dziecko zostało pozytywnie rozpatrzone przez przedszkolną komisję rekrutacyjną, to jeszcze Pani P. była w pracy i powiedziała...że jutro będzie decyzja o warunkach zabudowy!

niedziela, 15 kwietnia 2012

O czekaniu.

9 marca D., architekt, złożył nowy wniosek o warunki zabudowy.
14 marca dostaliśmy zawiadomienie o wszczęciu postępowania.
29 marca otrzymaliśmy liczne(trzy) odpisy dokumentów wysłanych przez gminę tu i ówdzie.
Pierwsza połowa kwietnia przyniosła nam informację o urlopie i zamiarze odejścia z pracy pani P., która zajmuje się wyżej wymienionym zamieszaniem...

Czyżby... ?

czwartek, 29 marca 2012

Z poważaniem - według rozdzielnika.

Dzisiaj, przed ósmą, przyszedł pan i przeprosiwszy, że przyszedł(tak wcześnie), wręczył i kazał się podpisać.



Trzy papiery w jednej kopercie! O melioracji,o zarządach dróg i o zagrożeniu osuwaniem się mas ziemnych.

Wczoraj natomiast odbyliśmy wycieczkę krajoznawczą, celem której było podziwianie budynku Urzędu Skarbowego.(Ta szachowniczka, to liternictwo!)



Ukradkiem, w międzyczasie, rzuciliśmy okiem także na dom Sąsiada.

środa, 14 marca 2012

O tym, jak Pani P. się wywiązuje, czyli rozrost kolekcji.

Od gminnego gońca dostaliśmy to:



Ostatnio zmieniły się przepisy - teraz "strony postępowania zgodnie z rozdzielnikiem pozostającym w aktach sprawy" mają dwa tygodnie, by nie odpisać. (Wcześniej "strony postępowania zgodnie z rozdzielnikiem pozostającym w aktach sprawy" musiały udzielić wyczerpujących informacji na temat - na przykład - występowania mas osuwiskowych...)
Cóż, kolekcja papierzysk rozrastać będzie się nam nieco wolniej.



Idziemy za ciosem - czas wypełnić wniosek o przyjęcie dziecka do przedszkola!

sobota, 10 marca 2012

Nowy wniosek i ważniejsze rzeczy.

Wczoraj dzwoniła Pani P. - D., architekt, zmaterializował się w Mirsku z nowym wnioskiem o warunki zabudowy. Pani P. zadeklarowała, że w nadchodzącym tygodniu wyśle dokumenta do teoretycznie zainteresowanych organów.

Przez Kłopotnicę przewalają się tłumy. To sąsiad z Grudzy, to znów Inkwizycja z całkiem sporą świtą.

W międzyczasie, poza ciułaniem na remont, porwaliśmy się na uporządkowanie sterty.






W ciągu kilku tygodni powinna zyskać nową formę.

czwartek, 9 lutego 2012

Tryumf Procedury.

Ze względu na tryumf Procedury następuje (jak zwykle) zmiana planów, a co za tym idzie, zamiana dokumentów w powiatowym Wydziale AiB. No cóż, skoro nie można dostać warunków na dodatkowe cztery metry długości domu od ręki, trzeba dostać pozwolenie na dom bez przybudówki. W przybudówce będzie się mieściła kotłownia,a na przybudówce - taras. Ale - to dla gości. Czyli etap budowy numer dwa, odległy o lata świetlne od naszych najśmielszych wyobrażeń o jakichkolwiek terminach.
Kiedy przyjdzie czas, zdążymy (raczej) doczekać się warunków dla tych kilku odrolnionych metrów ziemi, na których zbudujemy zaakceptowaną (już) przez konserwatora przybudówkę.

Sorry - 1:0 dla D., architekta szanowna Proceduro!

sobota, 28 stycznia 2012

Powrót D., architekta.

Jakiś wewnętrzny imperatyw przyplątał się wczoraj i nakłonił nas do wykonania telefonu do wydziału AiB lwóweckiego starostwa (przypomnijmy: urzędnicy, którzy pracują, są mili i kompetentni oraz okazują współczucie petentom).

Sami nie wiemy, czy mu, temu imperatywu, dziękować...

-Nie mam dla pana dobrych informacji - rzekła mila i kompetentna Pani.
-Zdążyłem się już przyzwyczaić - odparł ze szczerym uśmiechem petent, którego już dobre dwa lata, w jedynie słusznych reakcjach na podobne sytuacje, tresuje stary dom o wdzięcznej ksywie "nr8".

Dowiedziawszy się o tym, że do pozwolenia brakuje...warunków zabudowy (przypomnijmy, że czekaliśmy na nie przez pół zeszłego roku (słownie:sześć miesięcy) i w końcu dostaliśmy, postanowiliśmy dowiedzieć się od D., architekta - o co chodzi.


Został przyłapany na gorącym uczynku! Oto powrót D., jakiego zatrudnialiśmy - pędził szarymi szosami powiatów w bojowym nastroju ku spotkaniu z przeznaczeniem - panią P., której zawdzięczamy zeszłoroczne, półroczne czekanie na warunki...

Z grubsza sytuacja wygląda tak: przebudowa zmienia się w rozbudowę, zgadza się na to konserwator i wszyscy po drodze...ale pani P. postanawia od początku wszczynać procedurę. A my, naiwnie, za dwa tygodnie chcieliśmy dzierżyć w dłoniach pozwolenie, a w niedalekiej przyszłości rozbierać dach, który chyba zdąży dokonać autodestrukcji (już zaczął i idzie mu całkiem nieźle), za co będziemy mu bardzo wdzięczni, bo budynek bez dachu przestaje być budynkiem podlegającym opodatkowaniu.

D., architekt, nic nie wskórał w nierównej walce z wiecznie urlopowanym umysłem pani P. i umówił się na poniedziałek z burmistrzem, tym samym rekinem rozwoju regionalnego, którego ekonomiczne podejście do rzeczywistości pchnęło ku przekonaniu, że nie warto inwestować w turystykę w naszej gminie, póki nie wyczerpią się możliwości inwestycyjne Świeradowa Zdroju.(Myślicie, że Stóg Izerski leży w administracyjnych granicach gminy Świeradów? Otóż nie! Po prostu nasz burmistrz umie zrobić świetny PR...szkoda tylko, że nie swemu podwórku.)

Dla niewtajemniczonych - w całej akcji chodzi o kilkadziesiąt dodatkowych centymetrów pseudostodoły, która odbudowana, a właściwie rozbudowana będzie ze szlachetnego siporexu i obita dechami.

Spójrzmy jednak na sprawcę całego zamieszania i zapytajmy się, czy warto?



Bez dwóch zdań!

piątek, 2 września 2011

Wind of change.


W związku z domem, w mijającym tygodniu, zaszło w naszym życiu kilka zmian.
Pojawiły się kocięta. Dwa, puchate i pokraczne. Dzikie. Chyba dzieciaki tego kota, co to u nas stacjonuje gdzieś od roku.(Co my teraz mamy zrobić?)

D., architekt, złożył wczoraj wniosek o pozwolenie na budowę. (Zleciliśmy mu to mieszkając w Poznaniu, nie mając zielonego pojęcia, że do Starostwa będziemy mieli bliżej, niż on...i to w tak krótkiej perspektywie czasowej. Efekt jest taki, że dzisiaj jedziemy do Lwówka nanosić poprawki na wniosek, bo zmieniliśmy adres...)

Skonstruowaliśmy prowizoryczną bramę. Pełni funkcję bariery psychologicznej. Po pierwsze dlatego, że jest. Po drugie dlatego, że jest, jaka jest - bo czy można przypuszczać, że posiadacz takiej bramy ma zgromadzone za nią bogactwa, które warto przejąć?





Przy okazji konstruowania bramy i zabierania się za nowy murek




staliśmy się posidaczami długu wdzięczności wobec 1/2
Śledzibowców - za opiekę nad Okruchem.

Z tęsknoty za zamawianiem kontenera budujemy kolejną stertę śmieci.



Czas przystąpić do zaprojektowania tablicy informacyjnej
(zanim przystąpimy do prac przewidzianych w projekcie, zdążą ją zapewne zszargać warunki atmosferyczne).

Pozwolenie na budowę powinno zstąpić na nas do końca października.
Nie bierzemy tej teorii na poważnie. W końcu - mamy czas.

wtorek, 28 czerwca 2011

Koniec pory deszczowej.

Może uda się wreszcie unicestwić bardzo już niewdzięczną stertę nadgniłego siana.

Choć pora deszczowa niczego sobie, można by nawet stwierdzić wprost, że ładna...







A w środku pory deszczowej wizyta.



Miała być ogniskowo-konsumpcyjna, pobrodziliśmy jednak trochę w potokach rosy i udaliśmy się ku przytulnej i suchej wielkiej płycie, do pobliskiego miasteczka.


W ciągu tego telegraficznego skrótu wypada także odnotować, że błąkające się po naszej działce słowo "służebność" musiało w końcu wywołać to, na co wskazuje - czyli pewne komplikacje (tradycyjne "jeżeli nie wiadomo o co chodzi...to nie wiadomo o co chodzi"). W zasadzie oczekiwanie na WSZYSTKO spowszedniało nam tak bardzo, że ta informacja wygenerowała jedynie pełne zrozumienia "aha" oraz falę radości, że trafiliśmy na kogoś, kto spostrzegł, że w papierach numeru 8 trzeba zrobić porządek.
Jedyne "ale" to fakt, że nie możemy się doczekać mile rokującego spotkania towarzyskiego (przekopywania działki) z Geodetami, którzy zajmują się obecnie okiełznaniem tego papierkowego bałaganu.

W zeszłym roku wydawało nam się, że mamy ogromne szczęście do ludzi.
Nie wiedzieliśmy, że można mieć jeszcze większe!

niedziela, 3 kwietnia 2011

Chorzy na remont.

Mamy nowego stróża:



Poza tym, w kategorii "konkrety tygodnia", należy wymienić:

- znalezienie odpowiednich (sympatycznych, komunikatywnych) geodetów, którzy usługę w zakresie oznaczenia granicy działki uzupełniają szeregiem niezwykle interesujących opowieści,

-zatrudnienie rzetelnej i sympatycznej pani O., dzięki której będziemy mieli czas na tak zwaną budowę,

-wykonanie telefonu do pana K., który przybędzie w poniedziałek, by oswobodzić nasze obejście z góóóóóry śmieci,

-finalizujące się rozstanie z trudnymi księgowymi przy jednoczesnym wejściu w konszachty z cudowną pani B., która ogarniając nasze nieudolne próby okiełznania papierów z całą pewnością sprawi, że czasu na tak zwaną budowę nam przybędzie.


W kategorii "prawie jak konkret" umieszczamy brak pani P. na stanowisku. Będzie w poniedziałek. Jakby to ująć...już to kiedyś słyszeliśmy.


W kategorii bliskie spotkania trzeciego stopnia notujemy:

-uścisk dłoni fenomenalnej, dynamicznej prezes Partnerstwa Izerskiego (nie da się ukryć, właściwy człowiek na właściwym miejscu),

-ściągnięcie ku numerowi 8 kilku osób chorych na remont, które generując przemiłą atmosferę towarzyszyły nam w paleniu gałęzi, szumnie nazwanym "ogniskiem":

wtorek, 22 marca 2011

Nie ma.

Pani P. nie ma.
A co za tym idzie, dostępu do informacji o stanie dokumentacji też nie ma.
Pani P. będzie...1 kwietnia. Bardzo śmieszne. Chyba się troszkę zirytowaliśmy.
Dzisiaj ponowimy desant na urząd, element zaskoczenia, który obezwładnił nas wczoraj, siłą rzeczy nie ma już szansy.

A w obejściu?
Świeża buteleczka (może jednak nazwijmy rzecz po imieniu - butla) po wódce (gwoli wyjaśnienia, nie nasza) została spacyfikowana wraz z licznymi, już zasiedziałymi, aluminiowymi i szklanymi artefaktami (w rolach głównych ex-piwo "Książ", piersiówka po "Absolwencie" i dostojne, zielone szkło), i trafiła do wora.

Dojrzała w nas decyzja o zaproszeniu geodety w celu oznaczenia granic działki i skonstruowaniu ogrodzenia wokół tejże. Nie bez wpływu na nią pozostała lśniąca flaszka i rozgrzebane śmieci.

(Dobrze liczymy - jeżeli ziemi jest 2500 m2, to płotu musi być 200 m bieżących?)

Oczywiście konstrukcja nie będzie zawierała krzty metalu - stałaby się z miejsca najcenniejszym w całej okolicy łupem dla rzezimieszków, a wcale nie mamy zamiaru sponsorować spotkań przy drinku, po których następnie będziemy musieli sprzątać.

poniedziałek, 7 marca 2011

Wycieczka.

Drogi Pamiętniczku!
7 marca 2011 roku około godziny trzynastej przemiła* Pani P. ujawniła nam informacje na temat warunków zabudowy dla numeru 8.

Za dwa tygodnie powinny wrócić z wycieczki do Urzędu Powiatowego.


Cieszymy się. Naprawdę się cieszymy. (Hurrrra!)
Wiekopomna chwila.
Co za ulga.
Trzeba to uczcić.
Szklanka jest do połowy pełna!

--
*Bez krzty ironii.

czwartek, 6 stycznia 2011

Pytania egzystencjalne, czyli jakie stężenie coca-coli w organizmie jest niezbędne, żeby nie zwariować na wieść o odwilży.

Tak sobie gramy w Carcassonne i słuchamy. Za oknem wieje, w radio wieszczą odwilż, a my staramy się myśleć o tych rozszerzeniach gry, które nabyliśmy w celu wyposażenia naszego prywatnego domu kultury w atrakcje turystyczne.

Obiecany mejl z resztkami koncepcji nie nadszedł.
Rok temu w ogóle nie braliśmy pod uwagę projektu. Ten dodatkowy, wielotysięczny wydatek spadł na nas w lutym. Od tamtej pory chyba nic nie robi już na nas wrażenia. W ciągu roku wściekłość i rozczarowanie na wieść o kolejnych remonciarskich atrakcjach stopniowo przestały występować. Zostało nam już tylko "aha", wypowiadane z lekkim powątpiewaniem i silne przeświadczenie o tym, że ironia losu nam sprzyja, a każdy zakręt wiedzie ku coraz dłuższym odcinkom prostej(czasem tylko wypada utknąć w zaspie, tak dla przyzwoitości, żeby utrzymać narodowy standard wielbiciela porażek).

Z refleksji natury ogólnej nasuwa się nam też na myśl przedziwny objaw rewitalizacji numeru 8 - totalny brak zainteresowania wystrojem wnętrz. Jedyne, co przyszło nam do głowy w tej sprawie, to użycie belek z naszego drogiego szachulca do budowy mebli (gdyby się nie nadawały do wspierania konstrukcji). Jakoś trzeba było osłodzić sobie wiadomość o koniecznej rozbiórce.
No dobra, jeszcze jedno - duży stół - do gry w Carcassone z rozszerzeniami, oczywiście.

Żeby uzupełnić powyższy bałagan, zdjęcia z zupełnie z innej beczki, czyli sposób nr dwa na remonciarską depresję - bieganie po Kłopotnicy i podziwianie jej uroków, żeby sobie udowodnić, że się jest jak najbardziej rozsądnym, no bo jak można nie mieszkać w takim miejscu, no jak?






I jeszcze o śniegu - stopnieje nam we wnętrzach, nie ma się co czarować.
Tylko co z tego, skoro podłogi zasmakowały jakiejś pleśni po tym, jak przez kilkadziesiąt lat wątpliwa jakość dachu nikogo nie wzruszała?

Dobra wiadomość w sprawie odwilży jest taka, że nic nie szkodzi, bo:


Projekt przewiduje dokonanie gruntownej sanacji budynku, co wiąże się z koniecznością wykonania następujących prac:

-Częściowa i całkowita rozbiórka niektórych ścian,
-Całkowita rozbiórka pokrycia dachowego,
-Całkowita rozbiórka drewnianych stropów,
-Częściowa wymiana innych elementów konstrukcyjnych ścian i więźby dachowej,
-Całkowity demontaż okien i drzwi,
-Wykonanie nowych ścian wewnętrznych murowanych
[...]
-Osuszenie i odgrzybienie odsłoniętych murowanych ścian przez okres miesięcy wiosennych i letnich



Prawa do powyższego tekstu posiada D., architekt, a lista robót sanacyjnych jest oczywiście dużo dłuższa.

Za to będziemy mieli 79,17 m2 powierzchni użytkowej w naszym kłopotnickim mieszkanku - cóż za awans społeczny!

środa, 31 marca 2010

"Niecierpliwość moja wzrasta, gdy czekanie się wydłuża."

Chaos uczesany.
Widać kres bezkresnych potyczek urzędowych. (Za jakieś cztery- pięć miesięcy. W wersji optymistycznej, ma się rozumieć.)

Nasz kalendarz na najbliższe tygodnie (dłuuugie tygodnie):

Inwentaryzacja architektoniczno-budowlana - 3 tygodnie od podpisania umowy (co miało miejsce 26 marca). (OD WCZORAJ TRWA)

Projekt koncepcyjny - 4 tygodnie od daty podpisania umowy.

Akceptacja projektu koncepcyjnego - 7 dni od daty jego przekazania.

Przygotowanie wniosku o warunki zabudowy - j.w. (czas oczekiwania na decyzję o wz może wynosić do 3 miesięcy). (CO? CO ONI CHCĄ Z TYM ROBIĆ? KŁAŚĆ POD PODUSZKĘ PRZEZ TRZY KOLEJNE PEŁNIE KSIĘŻYCA, ŻEBY SIĘ UPRAWOMOCNIŁO?)

Projekt budowlany w zakresie niezbędnym do uzyskania pozwolenia na budowę oraz projekty wykonawcze - 8 tygodni od uzyskania decyzji o warunkach zabudowy.

Pozwolenie na budowę - do 65 dni.

Prace rozbiórkowe - w każdej wolnej chwili.

Ktoś chętny na burzenie stropów i zrywanie podłóg?

wtorek, 30 marca 2010

To nie jest takie proste i nie wesołe, czyli program użytkowy obiektu.

Trudno uwolnić się od szlagierów z lat dziecinnych. Jedna ze zwrotek niewybrednego songu o dwóch harcerzach małych pasuje niemal idealnie (poza elementem nikotynistycznym) do wyzwania, które przed nami stanęło. Stanęło w piątek i stoi jak wryte.

To nie jest takie proste nie nie wesołe
palić papierosy daleko od szosy
param pam pam, zabawa nie jest zła.


Musimy napisać plan użytkowy obiektu. Czysta przyjemność. Efekt iście katastroficzny. Oto jak rodzi się w bólach zgrabny dokumencik, zwięzła podkładka pod projekt, uładzony plan na życie, stonowana i pełna dystansu informacja dla architekta:

"Nasze mieszkanie.

Marzymy o ogrzewaniu kominkowym. Połowa z nas żyje w przekonaniu, że uratuje nas to przed zamarznięciem, kiedy zawiedzie elektryczność. Kominkiem chcielibyśmy móc ogrzać nasze mieszkanie.
Wolelibyśmy mieć jeden komin, w dodatku ten, który już stoi, ale jeśli dwa byłyby z jakichś względów praktyczniejsze, przyjmiemy pod swój dach dwa.
Zależy nam na zachowaniu maksymalnie wielu elementów oryginalnych (niekoniecznie ze względów ekonomicznych, chodzi raczej o chęć zachowania charakteru domu i względy ekologiczne (dosłownie rzecz ujmując: recykling). Nie mamy jednak obiekcji co do przenoszenia istniejących elementów w inne miejsca (chodzi głównie o stolarkę drzwiową, zewnętrzne parapety okienne na piętrze, wykorzystanie legarów oddzielających piętra części mieszkalnej na przykład od budowy antresol).
Jesteśmy fanami wszelkich odnawialnych źródeł energii, nie wzgardzimy kolektorem do podgrzania wody.
Pośród wszystkich pomysłów na rozwiązanie problemu niskich kondygnacji w części mieszkalnej najbardziej podobały nam się antresole.



W zasadzie nie mamy nic przeciwko wysokim nawet na cztery metry pomieszczeniom, o ile gdzieś w kącie czaiłaby się antresola, przełamująca wrażenie mieszkania w kominie. Całe dotychczasowe życie spędziliśmy w klasycznych mieszkankach z wielkiej płyty, bardzo chętnie uwolnimy się od mieszkania tuż pod sufitem, nawet, jeżeli oznaczać by to miało ekscentryczność czy dziwaczność wysokich pomieszczeń. Poza tym okna na dwóch poziomach w jednym pomieszczeniu – super.
Nie upieramy się co do lokalizacji kuchni.
Cenimy sobie ład i prostotę, jasne, być może nawet oczywiste kolory w pomieszczeniach mają stanowić tło dla niezwykłych detali mebli. Zależy nam też na eksponowaniu legarów i elementów więźby. Chętnie odsłonimy ceglany bądź kamienny mur.

Pomieszczenia dla gości.



Wyobrażamy sobie, że pokoje gościnne mieścić się będą nad naszym mieszkaniem. Chcielibyśmy móc udostępnić 16 miejsc noclegowych. Myśleliśmy o czterech pokojach, które mogłyby pomieścić do czterech łóżek. Każdy pokój powinien mieć łazienkę. Dwie łazienki mogą byś niewielkie, jednak dwa pozostałe pokoje gościnne mają być dostępne dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich, dlatego też łazienki muszą być odpowiednio większe. Chcemy też , żeby to miejsce było wygodne dla rodzin z dziećmi, nawet takimi bardzo małymi. Doskonale byłoby, gdyby okna dachowe umożliwiały podziwianie okolicy, a nie tylko nieboskłonu.
Ze względu na osoby poruszające się na wózkach oprócz schodów niezbędna będzie winda. Mamy na myśli prosty „podnośnik platformowy” a nie platformę czy krzesełko schodowe.
Dlatego też w części dla gości chcemy uniknąć wszelkich barier mogących utrudniać poruszanie się wózkowcom. Ma to też znaczenie perspektywiczne, jeżeli kiedyś ktoś z rodziny potrzebował będzie opieki, chcemy mieć możliwość udostępnienia mu oddzielnej przestrzeni, by jak najdłużej mógł być niezależny od nas.
Skoro wśród naszych gości chętnie widzielibyśmy osoby z dziećmi, istotny wydaje się być komfort akustyczny przeznaczonych dla nich pomieszczeń, dosadniej rzecz ujmując, chodzi o to, żeby nikt nie zakłócał snu co wrażliwszych pociech, ale także żeby dziecięcy płacz nie stawiał o czwartej nad ranem wszystkich gości na nogi.
W stodole znajdować miałaby się kuchnia z jadalnią dla gości, mieszczącą kilka oddzielnie stojących stolików. Powinna znajdować się tu też toaleta (dostępna dla wózkowców) Drugi poziom zawierałby dwa pomieszczenia – jedno przeznaczone na salkę zabaw dla dzieci, drugie powinno mieć dostęp do wody , będzie tam pracownia ceramiczna, miejsce , żeby ustawić kilka sztalug. Dobrze byłoby, gdyby to pomieszczenie miało duże okna. Jesteśmy otwarci na szklane tafle zastępujące fragment ściany. Jednocześnie trzeba by tam zmieścić malutki pokoik z dostępem do wody na ciemnię fotograficzną. Wystarczy pomieszczenie 2x2m.
Pokój zabaw dla dzieci powinien być w takim miejscu, żeby tupanie, skakanie i inne dzikie zabawy nie wpływały zasadniczo na komfort spożywania posiłków przez gości…wygląda na to, że musi być po prostu na parterze, pod kuchnią. Co do gabarytów kuchni dla gości – chcemy, żeby mogła ona pełnić tez funkcję sali nadającej się na urządzenie zabawy sylwestrowej, czy też wieczoru autorskiego. Wyobrażamy sobie, że uda nam się stworzyć prywatny dom kultury po prostu, miejsce, w którym organizować będzie można plenery…Malownicza okolica nie pozwala nam pominąć tej możliwości wykorzystania domu.
Chodzi nam o coś rustykalnego, nie mamy jednak na myśli odtwarzania skansen. Chodzi o swobodną wariację na temat materiałów z których zbudowany jest dom.Dyskretne nawiązanie do tradycji.
Dach ocieplany nakrokwiowo. Jesteśmy zagorzałymi wrogami szaf typu „komandor” i kuchni pod zabudowę."

O czymś zapomnieliśmy?

niedziela, 28 marca 2010

Intuicja.

Piątek był piękny, słoneczny, Okruch dzielnie zniósł podróż. Nie spodobało mu się co prawda w lwóweckim starostwie powiatowym, gdzie odbieraliśmy naszą upragnioną mapę do celów projektowych...



...za to wizytą u architekta D. w Jeleniej był wybitnie zachwycony...w zasadzie rzec by można - zachwycony nadmiernie. Przez dwie godzinki na zmiany biegaliśmy za tym naszym Messerschmittem i czytaliśmy umowę, w międzyczasie podpisując rozmaite papierki.

Kolejny etap jednodniowej podróży miał być rekreacyjny. Po obrzydliwym, rozgotowanym makaronie w sosie o smaku gotowanej ścierki i równie paskudnym czymś (o konsystencji kamienia), co kelner nazwał gyrosem, ruszyliśmy do Górzyńca szukać krokusów. Wiemy już, że nie wychodzi się w góry wczesną wiosną po godzinie szesnastej, z wózkiem wyładowanym człowiekiem poniżej drugiego roku życia, który uparcie zdejmuje czapkę i chce być nieustannie trzymany za rękę, w efekcie czego zaprzęg pcha jeden człowiek, a drugi dba o kontakt fizyczny schylając się nad wózkiem, żeby Potomek się nie zbulwersował, bo do samochodu przed zmrokiem warto by było zdążyć...

Uwaga o charakterze turystycznym: rezerwat Krokusy w Górzyńcu nie jest w żadnym Górzyńcu, w ogóle nie wiadomo, czy istnieje, po półtoragodzinnym pchaniu wózka z dzieckiem cały czas lekko pod górkę skapitulowaliśmy. Tak oto odbył się nasz rodzicielski chrzest bojowy w górach. Co prawda Staś był już w Rudawach, ale mierzyło się go wówczas w milimetrach i - co tu dużo mówić - nie wyrażał jeszcze własnego zdania.

Do Kłopotnicy już nie dotarliśmy. I tak nic byśmy nie zobaczyli - oczy zamykały nam się same. Pozostaje nam wierzyć, że przyszłotygodniowa inwentaryzacja architektoniczno-budowlana nie przyniesie wniosków w rodzaju "obiektu nie zastano".

Pytanie podstawowe brzmi "po cóż pchaliśmy się tak daleko na jeden dzień, z małym dzieckiem i tak obfitymi planami?" Okazało się, że kierowała nami rodzicielska intuicja. Od wczoraj pasiemy Okrucha lekami przeciwgorączkowymi...

środa, 24 marca 2010

Trzeci dom?!

Po obejrzeniu kolejnych odcinków "Wielkich projektów", kilku dyskusjach i nagłych przypływach rozsądku, nasza wiara w kontrolowanie budowy na odległość słabnie, żeby nie rzec - zamiera.
Wygląda na to, że zamieszkamy w Leśnej. Czemu by nie. Skoczy się do notariusza, popłaci podatki, pracę jakąś znajdzie, a jak środki na budowę się wyczerpią, sprzedamy mieszkanie i przeniesiemy się w oko cyklonu. Może wówczas pierwszy etap inwestycji* pod wszystko mówiącym tytułem "Zmiana sposobu użytkowania budynku mieszkalno- gospodarczego w ramach siedliska rolnego na mieszkanie + pokoje gościnne w Kłopotnicy k/Mirska”, czyli nasze gniazdko, będzie zakończony.

______________________________
*Rozkłada nas na łopatki obcy nam ideowo tytuł "inwestorów". Został stworzony chyba w celach manipulacyjnych, by podnosić na duchu ludzi wydających masę kasy na kupę gruzu i drewna. Ach, to lobby budowlane!

P.s.Kredens znalazł nowy dom. Dziękujemy Ci, E.!