Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dobry przykład.


Jak widać - niektórzy wzięli sprawy w swoje ręce i za moment się wprowadzą.

Ostatnio przydarzyło nam się takie coś:
-Mieliście osłonić te płyty drugą warstwą. Wszystko zamokło.
-Rozłączam się!

Postanowiliśmy więc iść śladem jaskółek.
Murowanie nie może być aż tak trudne!




Rzecz jasna, żadnych okien i drzwi przed jesienią - przecież dzikich lokatorów nie eksmitujemy.

niedziela, 4 czerwca 2017

Za szybko!

W czwartek człowiek wchodzi po tych swoich wyczekanych schodach, widzi ściany kolankowe i się cieszy. Jak głupi! Biega od okna do okna (których oczywiście nie ma, ale widać już, gdzie będą) i podziwia widoki.




























W piątek trzeba jechać z Potomkiem na mecz, a z Kozą zostać w domu, więc na pół dnia spuszcza
się z oka akcję budowlaną.

W sobotę się sądzi, że się jedzie oglądać zbrojenie wieńca, a widzi się nowe ściany.


























W pierwszej chwili widok generuje radość - wszystko rośnie, widać co gdzie będzie, normalnie prawie można się wprowadzać...Po chwili jednak pojawia się refleksja.

Przecież teraz miały być tylko szczyty i ścianki kolankowe.

Przecież nic, nic poza rzeczami, których już nie cofniemy, oraz tymi, które mają być ciepłe i ciche, miało nie być z tego nieszczęsnego pustaka.
Chcemy stare cegły. Stare, pełne, normalne i ŁADNE cegły.

Znowu okazało się, że...warto rozmawiać, warto uprzedzać fakty, nie ma głupich pytań, a nawet jeśli są - lepiej zrobić z siebie kretyna, niż się później leczyć nerwy nadmierną ilością ciastek oraz, że nie należy jechać na wakacje, jak się chce mieć zrobione tak, jak się chce, a nie tak, jak może się mieć w wyniku niedopowiedzeń i nieporozumień.

Na szczęście wszystko jeszcze da się odkręcić.

P.s.Akcja ucieczkowa K., naszego ex wykonawcy, zakończyła się w miarę szczęśliwymi finałem. Podstępny telefon  do zakładu pracy dziewczyny zaginionego w akcji (a dokładniej - w Niemczech) zaowocował zwrotem projektu oraz innych zasobów. Jedynym, co nam zostało (poza niesmakiem) z tej przygody, są liczne, ciężkie i nie nasze graty budowlane, z którymi zaczyna nam robić się ciasno.

czwartek, 1 czerwca 2017

Dzieje się.


Jak co roku (poza wyjątkami podyktowanymi przychodzeniem na świat dzieci) z okazji DODP udaliśmy się do Śledziby, gdzie, jak widać, A. i R. rozegrały, przy współudziale niezmordowanych ojców, swój pierwszy sparing.



Mieliśmy też przelotną okazję poznać właścicieli pewnych krów.
(Nie zapominamy o Roxi, skoro to pies morderca- strach się narażać i nie wspomnieć. Roxi też tam była!)

***
Budowa nabrała tempa. (Choć za momencik znów na chwilkę przystopuje w oczekiwaniu na ekipę od dachu.)
Jako entuzjaści wszelkich imprez, musimy już powoli zastanawiać się nad wiechą.














Jest spora szansa na to, że nasz nowy Staruszek powróci do swej dawnej kondycji jeszcze zanim dzieciaki dorosną.




niedziela, 28 maja 2017

Już są! (Schody i widoki.)


Prawie trzy miesiące materializowały się schody.
Powstały wysiłkiem dwóch ekip, przy niezaprzeczalnym współudziale dobrej ostatnio pogody.



Możemy teraz sobie na nie wejść.



Przy okazji podlewania schodów podziwiamy widoki i podniebny skład budowlany.



Generalnie - wszyscy są zadowoleni.
Niektórzy nawet mogliby narzekać na nadmiar szczęścia!


wtorek, 23 maja 2017

Najpiękniejszy zapach na świecie.


Sprawy ruszyły naprzód.

Zaginiony w akcji K. nadal przebywa gdzieś u zachodnich sąsiadów (albo zgubił tam telefon), wraz z wiedzą na temat miejsca pobytu naszego drogocennego projektu budowlanego (wobec tego został nam już tylko jeden jedyny egzemplarz), powrócił za to pan A. z ekipą i wygląda na to, że machnie wszystko w kilka dni.

Wąchaliśmy wczoraj zalążek stropu, teraz nic nie pachnie nam piękniej niż płyta wiórowa.
Zachwyciłaby nas prawdopodobnie także woń pustaków ceramicznych, gdyby jakieś dało się kupić od ręki, ale w tej chwili nie jest to takie proste, chyba, że się wygrało w Totka.

W każdym razie jest postęp (widoczny), posadziliśmy także pomidorki koktajlowe i mamy wielką nadzieję, że kolejny sezon ogródkowy dane nam będzie spędzić bliżej naszych mizernych upraw, co powinno w pozytywny sposób wpłynąć na ich kondycję.

***

Pustaki się jednak znalazły.
Mamy sufit.
Mamy 25 ton piasku.
Mamy 2/3 potrzebnej nam dachówki rozbiórkowej (siłą rzeczy i dziełem przypadku powróciliśmy na dobrą drogę, porzuciwszy myśli o karpiówce-nówce, w kierunku której pchała nas rezygnacja i dobre rady oraz brak starych gąsiorów w odpowiednim kolorze, który okazał się mrzonką, bo i gąsiory się znalazły).




















Mamy niezły humor.
Mamy ogrodowego węża, który sprawi, że wywiercona niedawno studnia stanie się poręczna i użyteczna.
Mamy też na tyle rozsądku, żeby przejść do porządku dziennego nad niemożliwością urządzenia styczniowych urodzin Okruchowi w domu w pełni przystosowanym do takich akcji.
Na dodatek zaraz będziemy mieli ciasto z kłopotnickim rabarbarem, które zjemy w towarzystwie naszych wolimierskich znajomych, a wiadomo nie od dziś, że spożywanie ciasta w grupie korzystnie wpływa na sylwetkę, znowu więc będziemy szczupli i młodzi - hurrra!

Kłopotnicki rabarbar, jedyny dorodny obywatel naszej działki.