Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

poniedziałek, 2 maja 2016

Ciężka praca się opłaca.

Raz na jakiś czas  (ściślej rzecz ujmując raz na dwa-trzy lata) nasza ziemia obdarza nas wielką łaską i rzuca jakieś drobne w ramach wynagrodzenia za opiekę. Rzuca pojedynczo. Czasami taka moneta nie ma szansy przetrwać próby czasu i pozostaje tylko na zdjęciu. Czasami jednak znajdujemy coś, co sypie się nieco mniej. Wczoraj po raz trzeci (w ciągu 6 lat grzebania w ziemi) znaleźliśmy forsę. Jak zwykle - atak bogactwa nie był zmasowany. Nominały zawsze podobne...cóż,  może jaka praca, taka płaca?! Biały obiekt obok skarbu - jak na nasze niewprawne, dyletanckie oko - jest ceramicznym guziczkiem. Też fajnie.



P.s.Super doskonały pomysł sprzed tygodnia, po dogłębnej analizie, uznaliśmy za niewydarzony. Nie da się uniknąć (nie)budowy, obejść jej, ani nawet przeskoczyć. Trzeba się za nią brać. I tyle.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Świetnie. I mniej świetnie,

Porządki idą nam świetnie. Babcia Słodzicji i Okrucha udziela nam oddziecięcych urlopów, a my powolutku popychamy sprzątnie wokół Oldboja. Odzyskaliśmy sporo ziemi. Okazało się, że rzucanie częściami domu po posesji (fachowcy rzucali, podczas gdy my, pełni wiary w ludzi, rzucaliśmy się w wir pracy) nie poskutkowało zniszczeniem wszelkiej roślinności. Ocalała borówka, porzeczka, winobluszcz,a nawet melisa. Udało nam się też w porę w miarę ukrócić chlustania betonem gdzie popadnie.



Mniej świetnie idzie nam szukanie wykonawców. Po ostatniej rozmowie o dachu postanowiliśmy znaleźć inne wyjście, odwrócić kota ogonem tak bardzo, by zaczął przypominać bociana. Jeżeli nasz plan się powiedzie, będzie to prawdziwy cud,a ponieważ te zdarzają nam się notorycznie, przystępujemy do działania, a dokładnie do zaniechania co bardziej spektakularnych działań, gdyż w tym roku nasz sezon budowlany, z powodu nieurodzaju fachowców i nowego, lepszego plany, chyba się zakończył.

I dobrze, bo wiadomo nie od dziś, że nie ma tego złego!

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dzieci-praca-Dom.

Przebywamy ostatnio (ostatnio, czyli od kiedy nieco poprawiła się pogoda) w nieustającym rozkroku między Dziećmi, pracą i Domem.


Nie da się ukryć, że na budowie raczej trzeba bywać, zwłaszcza, gdy pozwoliło się urządzić na niej co niektórym krajobraz po bitwie. Sprzątamy więc po... pracach rozbiórkowych(szalone tempo, minęły od nich już dwa albo trzy lata, kto by zliczył, idziemy jak burza, choć wygląda to raczej na kręcenie się w miejscu niczym tornado). Nie da się też ukryć, że własna praca ułatwia takie bywanie, będąc swoim własnym szefem można na przykład dogadać się ze sobą w sprawie w miarę elastycznego czasu pracy.

No to się dogadujemy.

sobota, 9 kwietnia 2016

Ile to wszystko kosztuje?

Coś się ruszyło. Mamy skończony wieniec, filar - jakiś taki nośny, więc się cieszymy, bo chyba ważny jest, naprawioną pękniętą (nową, jakże by inaczej) ścianę, drugą w naszej inwestorskiej (ha, ha) karierze wycenę dachu, która zawiera tak super esktra ekskluzywne rzeczy, że za równowartość takiego dachu moglibyśmy nabyć wyrychtowaną elegancko agroturystykę wraz z jej nieposzlakowaną opinią i tłumem nieustająco przyjeżdżających gości,mamy też duże zaległości towarzyskie oraz pytanie do rozwikłania spod poprzedniego posta.

Pytanie brzmi w skrócie: "ile"?

Otóż (nie)budowa kosztuje sporo zaangażowania, odrobinę nerwów, mnóstwo bezsensownej(bo i tak jej efekty zniszczą w międzczasie kolejne ekipy) acz satysfakcjonującej i przynoszącej spokój i radość pracy fizycznej, niezłe zamieszanie w życiu, konieczność godzenia "inwestycji" (ha,ha) z pracą oraz wychowywaniem dzieci, litry benzyny, gorycz po licznych włamaniach i kradzieżach.

Są też zyski. Duże. I zupełnie niematerialne.


Gdyby ktoś nie nie zorientował - załączona fotografia przedstawia nasze dzisiejsze dzieło.
Bo Ordnung muß sein!

środa, 3 lutego 2016

Rachunek sumienia.

Musieliśmy zrobić listę rzeczy do wykonania. Postanowienia i anty-postanowienia noworoczne nie sprawdziły się w poprzednich latach. Domu jest pół. Do jakichkolwiek czynności budowlanych motywują nas już chyba tylko irytujące elementy wystroju naszego mirskiego lokalu (kto u nas zmywał, a są tacy!, wie o czym mowa) których nie zmieniamy, "no bo przecież ile my tu jeszcze będziemy mieszkać". (A mieszkamy już prawie sześć lat.)

Musieliśmy więc zrobić listę. Tabelkę.
"Tego dnia dzwonię do tego, tamtego dnia żebrzę u tego, innego dnia zgłębiam kwestię kto jest właścicielem rowu."

Działa.
Działało w styczniu, bo nam się pomysły wyczerpały. No i nie zrobiliśmy nowej listy na luty.

W styczniu błagaliśmy pana A., żeby zrobił więcej niż te pół wieńca, co mu zostało. Odmówił. W styczniu dowiedzieliśmy się, co zrobić, żeby mieć oczyszczalnię. W styczniu ubłagaliśmy pana T., żeby zrobił nam strop i więźbę ("Ale dach!").

Trwało to w sumie może ze cztery godziny.
Krócej, niż zabieranie się za robienie tabelki.
W sumie teraz, kiedy to piszemy, nawet zaczyna nam się chcieć...zrobić nową listę.

W każdym razie - co za długo, to niezdrowo. Dlatego mamy też tabelkę, w której widnieje czarno na białym, że zamykamy w tym roku ten cholerny dom, no bo ile można! Okrucha już domek na drzewie we własnym ogródku ominął, może chociaż zdąży go zbudować dla Słodzicji, zanim dziewczyna nam wyrośnie.

P.s.Ten post powstał, między innymi, dla wujka T., który podobno to wszystko czyta.