Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

sobota, 26 stycznia 2019

Odlot, czyli duża rzecz i cieszy.


Wczoraj nastąpił demontaż Pomnika Głupoty (swego czasu daliśmy sobie wmówić, że te piękne, betonowe kręgi, uczynią nasze życie cudownym i prostym, a gdy okazało się, że w ogóle nie da się u nas tego zamontować, no cóż...).
Stał sobie i zupełnie nas nie cieszył.



Znalazł się jednak ktoś, kto odczaruje jego złą karmę!


Pełni szczęścia pomachaliśmy temu pomniku na do widzenia, uznając to spektakularne wydarzenie za remontowego bohatera tygodnia. Dzieciom też ogromnie się podobało.

czwartek, 17 stycznia 2019

Może wydawać się to dziwne.


Zauważyliśmy, że nasze plany względem Staruszka przejrzyste i oczywiste są chyba tylko dla nas, jeżeli więc komuś dziwacznym wyda się pomysł konstruowania szachulcowej ściany na stojącym już, (stety i niestety) poniekąd  nowym budynku, niech po prostu nacieszy się perfekcją, z jaką ta idea została zrealizowana.

My się cieszymy, będąc jednocześnie zaskoczonymi, jak bardzo ten zabieg zmienił dom.


Tak, tak, zauważyliśmy, że otwory na okna trochę nie pasują, nauczyliśmy się jednak, że to jest budowa, tu zawsze coś musi trochę nie pasować!

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Wczoraj wzięliśmy się za remont.

No tak, tak - taka prawda, są przestoje, czasem przydługie, bo może by kawę najpierw, a może serial, domowy konkurs na czytelnika roku, jakieś "dzisiaj mi się nie chce" i "może jutro", sporo gości (cóż możemy poradzić na to, że lubimy!) , pieczenie chleba i montowanie pająków.







Skoro już się tu mieszka, to trzeba też trochę żyć, iść na spacer.




Wcześniej jeszcze się człowiek przekonuje, że jednak pomysł wożenia starszego Okrucha do szkoły w Mirsku, podczas gdy za oknem codziennie śmiga autobus do innej (okazuje się - zupełnie cudownej) placówki opiekuńczo  wychowawczej (do której z resztą już uczęszcza Mała Koza), jest nieco chybiony, no to trzeba naprawić, załatwić, godziny uciekają, a potem jest wieczór i znowu ten serial, albo kartkówka z matematyki nazajutrz.

***

Są też inne okoliczności nie dodające skrzydeł (tak zwany "ale suchar") , które przemilczymy w nadziei na ich szybkie przeminięcie.

***

Nie jest jednak tak, że nie dzieje się nic.

Doczekaliśmy się cudownej (zawsze tak mówimy, ale tym razem opinia pozostanie z nami do końca) ekipy szachulcowej, która podnosi nas na duchu, przywracając właściwy charakter temu domu.



Wczoraj wznowiliśmy własne działania remontowe, tymi rękoma, przeleczonymi już z budowlanego łokcia tenisisty: tynki i gładzie. Tak trudno się zdecydować, za co się zabrać, stawiamy więc na praktyczny system doboru zajęć - "o tu, powiesimy te piękne wycinanki przekazane nam przez Miłych Sąsiadów, wykończmy więc tę ścianę".

***
Wypada też odnotować, że tylko raz, przedwczoraj, kapało nam z sufitu - ale, że nie na głowę, tylko do kuchennego zlewu, to się w sumie nie liczy!




poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Mieszka nas tu pięcioro.

Mieszka nas tu pięcioro - my i Remont.
Jako rzekł CzRo: "dylemat - co by tu ukończyć w pierwszej kolejności" towarzyszy nam nieustająco.
Pierwszy wybór był prosty - zacznijmy od tego, do czego nigdy już nie wrócimy!
Po umęczeniu kotłowni, na której uczyliśmy się tynkować, przyszedł czas na kolejną oczywistą oczywistość - ogarnijmy pokój (podstarzałego już nieco) Okrucha - tyle lat się chłopak naczekał!



Mamy więc jakby skończoną kotłownię (sufit pozostał w wersji loftowej, miejsc epod piecem niedomalowane), z grubsza ogarnięty pokój Potomka (zostało jeszcze kilka drobiazgów - malowanie, fugi w murze, podłoga), częściowo obrobione jedno okno w salono-kuchnio-sypialni, otynkowany kawał ściany tamże (zróbmy biblioteczkę, wówczas skasujemy kilka kartonów, które leżą na środku prawie-wykończonego pokoju S.!).



Przez moment wydawało nam się, że od początku roku nie dokonaliśmy niczego, zaczęliśmy więc łatać dziury w pamięci i okazało się, że
-wymurowaliśmy ściany wewnętrzne,
-przeczytaliśmy po kilka książek na głowę,
-zrobiliśmy sufity,
-przeprowadziliśmy się,
-przygotowaliśmy rozsady,
- zasypaliśmy to, co odkopała koparka,
-A., zwana babcią Okrucha i Małej Kozy spontanicznie zbudowała kamienny murek (nieukończony z powodu ukończonego urlopu),



-pomalowaliśmy wszystkie okna, które musieliśmy pomalować,



-upiekliśmy sporo chlebów i ciast,
-przyjęliśmy kilkunastu gości i spędziliśmy z nimi sporo fantastycznych chwil,
-pomalowaliśmy drzwi wejściowe,
-nie porzuciliśmy naszej pracy zawodowej,
-obejrzeliśmy drugi sezon Opowieści podręcznej oraz większą część czwartego sezony The Affair,
-byliśmy w kinie (!) na Zimnej wojnie,
-nie dojechaliśmy do Drezna, pomachawszy uciekającemu pociągowi, zastępując oglądanie Madonny Sykstyńskiej oglądaniem ZOO w Goerlitz (też fajne),
- kilka razy woziliśmy samochód do naprawy, dwukrotnie wymieniając stłuczoną (raz przez jakiegoś rzezimieszka, raz przez kosiarkę) szybę,
-byliśmy w doskonałym muzeum przyrodniczym w Cieplicach,
-wymurowaliśmy parapety zewnętrzne w kilku oknach i zamurowaliśmy kilka dziur pod oknami (zostawionych na później przez fachowców),
-zabezpieczyliśmy z grubsza taras, będący sufitem kotłowni,
-przygotowaliśmy teren pod szklarnię,



-przez kilka dni karmiliśmy Bąbla,
-ogarnęliśmy (przesiewając tony ziemi) kawałek terenu pod grządki,
-rozparcelowaliśmy trzydzieści ton ziemi, w celu wysiania trawnika,
-zrobiliśmy dwie ławeczki i stolik,
-odkopaliśmy i naprawiliśmy źle wykonane (gdyż cieknące) wejście wody do budynku,
-osadziliśmy jakieś stare drzwi,
-zebraliśmy nieco grzybów,



-odbyliśmy kilka skromnych (no dobra, mikro) wycieczek rowerowych...

Pokrzepieni tą wyliczanką ruszyliśmy do prac nad pokojem gościnnym, który jest nam po prostu niezbędny do życia (a także do tego, by nadal w zgodzie żyć z Remontem, zwłaszcza łazienki).




czwartek, 21 czerwca 2018

Jak poparzeni.

Chciałoby się rzec, że biegamy jak poparzeni, prawda jest jednak taka, że bardziej się snujemy - od tynkowania do malowania okien, od malowania okien do "a może by upiec jakieś ciasto". Ze zdwojoną siłą odczuwamy także podporządkowanie się oświacie, dzielącej nasze dni na przed i po szkole (oraz - często - przed - i - po - czymś-tam-co-jest-po-szkole-włączając-w-to-weekendy). Co się człowiek zamachnie łatą lub pędzlem, to już go woła proza życia.
Okazuje się jednak, że nawet system bujania się między wszystkimi tymi zajęciami daje jakieś efekty.

Zakopaliśmy (tymi rękoma!) wykop zrobiony przez koparkę ("na godzinę to mi się nie kalkuluje jechać, żeby to zakopać").

Mamy jakże niezbędny do życia trawniczek pod domem (w którego powoływaniu do życia bardzo zasłużył się S.) - z czym wiązało się rozparcelowanie 25 ton ziemi, oczywiście tymi rękoma, bo przecież na godzinę to się nie kalkuluje jechać,.

Pomalowaliśmy drzwi oraz- częściowo - okna - uszczęśliwia nas teraz dogłębnie woń dziegciu i terpentyny unosząca się wszędzie wokół.




Odbyliśmy kilka spotkań towarzyskich przy stole (są przecież w życiu rzeczy ważne i ważniejsze).

Skosiliśmy, dwa razy.

Kotłownia jest otynkowana w 1/4  licząc tylko ściany - osiągnięcie tego efektu zajęło nam niespełna trzy tygodnie, wprawa jest jednak coraz większa, możemy więc liczyć na to, że do przyjazdu pieca ujrzymy szczęśliwy finał (może nawet dzisiaj?, a nie, dzisiaj to chyba jednak ciasto).

Wczoraj naprawiliśmy nawet - po małej, acz niezwykle niezabawnej katastrofie budowlanej - sufit nad salonem, przerywając tym samym malowanie okien i opuszczając kolejny dzień tynkowania.

Dowiedzieliśmy się, ile jeszcze musimy zrobić, by formalnie zakończyć budowę - nie zadziałało to nadmiernie mobilizująco.

No i pożegnaliśmy dwa kontenery śmieci pobudowlanych - z czego jeden zawierał głównie odpady zmieszane po biesiadach budowlańców.

Generalnie - jest ładnie i sympatycznie, tak jak na (nie)budowie być powinno.