Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

niedziela, 17 maja 2015

...

Dom rośnie.  (Dla wątpiących - na obu fotografiach ten sam dom. Kolejno: atrapa stodoły w fazie wczesnego upodabniania się do tejże i prawie-jak-nowy Oldboj.)





























Przy okazji wizytowania budowy spotykamy tubylców. Jedni są zieloni (a myśleliśmy, że tacy to tylko w
filmach!),
inni prawie czarni - z tych drugich cieszymy się  trochę mniej. Na widok wiewiórki szarej na skraju szosy w rębiszowskim lesie podskoczyliśmy z zachwytu, który szybko minął, gdy przeczytaliśmy, że prawdopodobnie już niebawem wygryzie z okolicy nasze rude baśki.

Zupełnym optymizmem za to napawa nas nasz ogródek warzywny, skrzętnie ukryty przez upadaniem nań gruzu i przypadkowym zadeptaniem. Mamy rabarbar, czosnek, poziomki i truskawki - czego chcieć więcej?









sobota, 9 maja 2015

Piąty żywioł.

Uff. Piąty żywioł. Budowlańcy. Nie do okiełznania przez zwykłego człowieka, który raz, góra dwa razy dziennie znajduje godzinę na to, by pojechać na plac boju i zerknąć, co się tam dzieje...

Naszym wyborem jest układ, w którym zajmujemy się w zasadzie wyłącznie regulowaniem należności (i wspominanym już ostatnio wybrzydzaniem). Nie organizujemy materiałów na własną rękę. Wyszliśmy z założenia, że chcemy mieć trochę życia poza budową i lepiej znamy się na własnej pracy, niż na zasobach składów budowlanych (na nich w gruncie rzeczy, tak serio-serio, nie znamy się wcale). Coś za coś. W budowlanym kieracie nie tkwimy, za to nadchodzą takie dni, że nie możemy wybaczyć sobie nieupilnowanej łąki, która zamieniła się w gliniasty ugór i zmarnowanego drewna z podłóg, które znacząco ucierpiało na rusztowaniach i w roli kładek nad kałużami. Ostatnio jednak, słysząc, że odnowa muru wymaga dokupienia kamienia, poczuliśmy wolę walki. Poczuliśmy oboje, ale z pewnych przyczyn natury losowej tylko jedno z nas może oddawać się popołudniami wydobywaniu na światło dzienne kamienia pogrzebanego na ex-łące. Efekt dwugodzinnej pracy jednej osoby i jednej, pożyczonej od życzliwych Ch., taczki uznajemy za imponujący. (Uwierzyliśmy też, że w jakiejś części ukrócimy zapędy piątego żywiołu, polegające na nabywaniu materiału nieco zbyt wcześnie i jakby bez naszej ostatecznej zgody.)



Prawda jest też taka, że choć żywioł tylko odrobinę daje się utrzymać w ryzach, na ostateczne efekty jego działań nie możemy narzekać.




A kiedy pomyślimy, że za rok albo dwa spojrzymy znad kuchennego zlewu przez dopracowane wedle naszych życzeń okno, serce rośnie!











wtorek, 5 maja 2015

Przecież będziemy mieć TO w domu!

Z "inwestorów" (kto wymyślił to prześmiewcze miano?) pełnych zrozumienia i przytakujących w każdym momencie, zmieniliśmy się w takich, którzy sami już nie mogą słuchać swojego jęczenia i wydziwiania.
Ostatecznie nasze widzimisię realizowane jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażamy.
Głównym tematem męczonym ostatnimi czasy są dziury. Część otworów w kamiennym murze zostaje tak, jak była, część jest nowa, niektórym postanowiliśmy dodać obramowanie z cegieł w celu ułatwienia montażu okien. Przy każdym egzemplarzu roztrząsamy w nieskończoność czy nadproże ma iść po łuku, czy też po linii prostej i jaki wzorek obramowania sobie życzymy. 
W stare mury trzeba było tchnąć nowe życie, w gruncie rzeczy jesteśmy jednak zadowoleni z efektu. Rzeczywiście jest prawie "jak za Niemca".
"Prawie" robi tym razem zupełnie niewielką różnicę i stanowi koszt wielu lat świętego spokoju, które się przed nami rysują.


niedziela, 26 kwietnia 2015

Chcieliśmy, to mamy.

W gruncie rzeczy to wcale aż tak bardzo nie chcieliśmy, tylko jakoś tak wyszło, że ze szczęśliwych posiadaczy domu, wygrzebujących z trawnika każde szkiełko i każdy centymetr sznurka od snopowiązałki, chuchających na każdą drzazgę i kamyczek, staliśmy się posiadaczami ugoru, którzy zamiast w coś wkładać ręce, raczej je załamują, widząc wzrastające wśród kwiatów jak grzyby po deszczu opakowania po posiłkach osób relaksujących się na naszej budowie (bo "nie-budowę", jak widać na załączonym obrazku, można sobie między bajki włożyć) podczas zasłużonej przerwy w pracy.
W zeszłym roku pomogło zamontowanie prowizorycznych koszy na śmieci i uprzejma prośba. W tym też powinno zadziałać - sądziliśmy, że zeszłoroczne ustalenia przetrwały, ale chyba sądziliśmy zbyt optymistycznie, także cóż - jutro trzeba będzie się grzecznie przypomnieć.
Poza drobnymi niedogodnościami natury estetycznej i czarną wizją wykopywania papierków po batonikach i pudełek po sarepskiej przez najbliższe trzydzieści lat, wszytko jest z grubsza bardzo dobrze.

Tak zwana "renowacja" muru z kamienia przebiega nader pomyślnie, ceglana ściana odrestaurowywana jest w sposób bezgranicznie spełniający nasze oczekiwania, a "rozbudowa" osiągnęła już etap, w którym z grubsza zaczyna przypominać coś, w czym ktoś będzie kiedyś pomieszkiwał.

Dyskusje o nadprożach trwają, owocując co pewien czas decyzjami dotyczącymi kolejnych okien.

Na dodatek ktoś z nieznanych nam bliżej przechodniów także ucieszył się z naszej (choć niewłasnoręcznej) orki na ugorze. Jego entuzjazm był tak wielki, że z radości zgubił jeden worek przysposobionego cementu w rowie.
A może tylko nam się zdaje - może to jakaś świecka, budowlana tradycja, że skraj działki uświęca się - na szczęście - odrobiną zaprawy w stanie sypkim, a nawet z grubsza zapakowanym?