Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Jeszcze nie sufit.


W kilka słonecznych chwil powstały zalążki stropu.
Gdyby pogoda była łaskawsza, moglibyśmy już dzisiaj stworzyć krótkie fotostory o tym, jak strop stał się sufitem i jak murowanie ściany tak-jakby-kolankowej dobiega końca. Moglibyśmy też wreszcie nacieszyć się realizacją koncepcji podłużnych okien, które będą występować w tejże ścianie.Są jednak rzeczy, na które nie ma się wpływu.



Lecimy też (oczywiście za pośrednictwem przytomnego K., wykonawcy) z pierwszymi poprawkami.
W zasadzie to powód do radości, o ileż niekorzystniej byłoby robić to po położeniu posadzki!


czwartek, 30 marca 2017

Dach. I znowu schody.

Dzisiaj (jedynego deszczowego dnia w tym tygodniu) przyjechał tak zwany dach.
I tak zwany strop.

Udało nam się osiągnąć rzecz rzadką - korek w ruchu drogowym w Kłopotnicy.

Jak widać, warunki rozładunku były wyborne, o czym zdecydował zbieg okoliczności, zwany inaczej niespodziewaną zmianą terminu dostawy.

































Druga emocjonująca akcja budowlana (ta o wieloznacznym kryptonimie "schody") - znalazła
szczęśliwy finał w formie projektu (za dodatkową opłatą, a jakże), w którym (uwaga, fachowe słownictwo!) ten taki spód schodów zachodzi tak jakby na otwór drzwiowy, no ale co to dla nas, jak wiadomo czasami po prostu, po prostu nie wiadomo o chodzi i nie należy tego jakoś nadmiernie drążyć, bo się jeszcze człowiek dowiaduje, że wielkości pomieszczeń nie są nadmiernie zgodne z rysunkami.

Reasumując - cieszymy się, że Nr 8 j już niedługo w całości wróci na swoje miejsce, bo takie pół domu bardzo, ale to bardzo psuje krajobraz.

sobota, 11 marca 2017

Schody.

Już prawie, prawie przyjechało drewno na strop, już prawie, prawie mamy dach... a tymczasem okazuje się, że nie możemy zrobić schodów.

W zasadzie w ogóle nie chcieliśmy się za nie zabierać (bo są w części gościnnej, bo po co nam one przed przeprowadzką), ale M., kierownik i K., wykonawca zdecydowanie i kategorycznie (oraz niezależnie od siebie) uznali, że jeżeli betonowe, to teraz. Jako bezgraniczni dyletanci i świadomi swojej niewiedzy laicy przystaliśmy ostatecznie na ich techniczne, żelbetowe argumenty.
Oczyma wyobraźni zobaczyliśmy beton lejących się z nieba na szalunki...i na tym historia schodów na razie się kończy.

Decydują o tym względy formalne - w projekcie brak jest projektu, projektu schodów, a podobno być tam powinien. Jedyną osobą, która teoretycznie oficjalnie może schody przyklepać jest D., architekt, który obecnie podziwia alpejski śnieg, więc raczej się do niego nie dodzwonimy.

Doskonale już rozumiemy, dlaczego schody stały się synonimem nieznośnego trudu w dążeniu do celu.

Jeżeli chodzi o pozostałe postępy -  mamy takie ładne, o, kominy.



Na razie do połowy, bo druga połowa czeka na dach. Wyglądają tak bardzo domowo, że zaczęliśmy nawet gromadzić materiał na obudowę kominków, które będą do nich podłączone.

Mamy także nowe dziury w całym (no, prawie całym) domu,bo poprzedni wykonawcy tak jakby przeoczyli konieczność ich wykonania zawczasu (tak, tak, my też to przeoczyliśmy, co za wstyd, przecież każdy doskonale zna się na budowaniu, umie czytać projekty, wie wszystko o betonowych poduszkach i konstrukcjach stropu, legarach, mieczach i jętkach, a architekci, kierownicy i wykonawcy potrzebni są mu jedynie po to, żeby nie pobrudził sobie rąk).
Dziury wyglądają niepokojąco, ale są na swoim miejscu i ratują sytuację (bez obaw - teorii o dobrych dziurach nie wymyśliliśmy sami, zostały skomplementowane przez kierownika).



Posprzątaliśmy też w domu, podczas gdy nasze Potomstwo długo i grzecznie relaksowało się w namiocie rozbitym za kuchennym oknem, za co jesteśmy - zarówno podstarzałem już Okruchowi jak i Małej Kozie - niezmiernie wdzięczni.

Godziny sztachania się budowlanym kurzem bardzo dobrze wpływają na psychikę i zdrowy ogląd rzeczywistości.



piątek, 24 lutego 2017

Od czego by tu zacząć?

Zacznijmy od nowego początku.
Pełną parą ruszyliśmy z akcją budowlaną pod koniec ubiegłego roku.

Potencjalny wykonawca dachu zdezerterował, zachowując jednak wielką klasę nagrawszy nam dwie ekipy.  W ostatecznym rozrachunku okazało się oczywiście, że nie ma tego złego.
Nowi, jeszcze lepsi od poprzednich, fachowcy zrobią nam kominy, stropy, mury, wieniec, dach, a może nawet, nawet wykończeniówkę.

Co było dalej? Wiadomo, ledwo, ledwo na horyzoncie zamajaczył wóz transportowy znamienitej i doskonale zorganizowanej firmy TOI TOI, a już zaczęło prószyć.
(Można by rzec, bez większej przesady, że następnego dnia tak trudno już się było dostać do błękitnej kabiny, że nikt nawet nie próbował. W zeszłym roku pokonała nas więc pogoda.)


Sylwestra spędziliśmy trenując część potomstwa w trudnej sztuce chodzenia, na Stogu, w towarzystwie A., M. i K, którzy wykonali dla nas tę piękną fotografię:


Luty upłynął nam pod znakiem powrotu do dawnych zainteresowań.
Przy okazji wizyty K. zapakowaliśmy się w jeleniogórskim przybytku kulturalnym,



zahaczyliśmy także o szklane żelki i dzieło pewnego C., którego jesteśmy wielkimi dłużnikami.
































Wróciliśmy do czytania, płacząc rzewnie (ze śmiechu) nad Spisem cudzołożnic (nawiasem mówiąc, gdzieś około strony 159 można znaleźć przepis na to, jak uciułać na budowę kawał grosza i to międzynarodowego!).

Przetestowaliśmy kilka powszechnych w naszej okolicy wirusów i bakterii, osiągając wybitny wynik siedmiu zachorowań w dwa tygodnie (siłą rzeczy podzieliliśmy się testowaniem, na jedną osobę przypadły więc nie więcej niż dwa medyczne eksperymenty).

W lutym wystartowaliśmy też ponownie  z budowa, pełni nadziei na tegoroczną przeprowadzkę.
W przyszłym tygodniu przyjadą do nas drewniane monstra z Niemiec, gdzieś pod Nowym Targiem powstaje więźba, kominy pną się do góry (o ile akurat wiatr nie urywa głów, o co w Kłopotnicy niezmiernie łatwo).

Niemalże codziennie zmieniamy zdanie w sprawie tego, czy do końca roku zorganizujemy parapetówkę, czy też wcale niekoniecznie.