Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Ciesielski sierpień.

Miesiąc upływa Staruszkowi wśród wiórów i drzazg.
Trochę wiercimy (dachówkę, rzecz jasna), trochę sprzątamy (dom i okolicę), aż raz byliśmy w górach (sukces, to drugi raz w tym roku!), za to Panowie Od Dachu rzeźbią oraz nieustająco zadają nam pytanie - kto wymyślił te przekroje? Dowiedzieli się od konstruktora, że to nasz pomysł, choć my chcieliśmy tylko, żeby było tak, jak kiedyś, a nie grubiej. Cóż, przez lata fakty i wymiary mogą zatrzeć się w pamięci - pytanie tylko - czyjej? (Obejrzeliśmy ostatnio interesujący serial* o równoległych rzeczywistościach, czy - jak kto woli - solipsyzmie - był na tyle przekonywujący, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że oba poglądy - nasz i konstruktorski - są prawdziwe...no, prawie.)

Nie czas jednak płakać nad rozlanym mlekiem.

Dzieje się, szczęśliwy dach nad głową jest coraz bliżej!






      


*The Affair

poniedziałek, 24 lipca 2017

Urlop.

Jak już wspominaliśmy,obstajemy przy poglądzie, że nie dla "inwestora" wczasy.
Z jednej strony budowa może podryfować w zaskakującym kierunku nawet w ciągu jednego dnia, z drugiej dzisiaj się słyszy "do niczego nie jesteście nam tu potrzebni", a jutro "przywieźcie nam teraz kotwy chemiczne i pręty gwintowane, a te deski musicie sobie ułożyć, bo spleśnieją".
Jako zupełnie zbędni i totalnie niepotrzebni na własnej budowie, przezornie organizujemy sobie jedynie krótkie wypady (niekiedy) połączone z podziwianiem tego, co się komuś udało wykrzesać z rudery.


Prace nad dachem stanęły - panowie T. i K., wykonawcy, musieli udać się na urlop.
Tymczasem my posłusznie ułożyliśmy tarcicę i odebraliśmy długo wyczekiwane sto wierteł.
Poniekąd cieszymy się z budowlanego przestoju - jesteśmy tydzień do przodu z wierceniem (czyli zamiast na minus, wyszliśmy na zero, jeżeli brać pod uwagę czas czekania na wspomniane wiertła).

Podjęliśmy ponownie temat ilości dachówek, które powinny mieć dziurki. Efekt rozmów nas obezwładnił - pan T. orzekł, że należy przewiercić wszystkie, pan K., że połowa może by wystarczyła.
Powiercimy - zobaczymy.

wtorek, 18 lipca 2017

Jeszcze troszkę.

Nadal dziurkujemy dachówki. Wcześnie rano (przed pracą) i po południu (po pracy).
Czekamy także na zamówione w Casto wiertła, potrzebnych nam jest ich (jedynie...) ponad sto.

Dachówki (od Sturmów z Freiwaldau) występują  w odmianach miłej i niemiłej.
Niemiłych jest więcej, przewiercenie jednej potrafi zająć nawet kilka minut. W miłe wiertło (JCB 5 mm, do betonu - gdyby ktoś chciał zapytać - najlepsze z przetestowanych, choć szczęśliwe - wcale nie najdroższe) wchodzi jak w masełko.



Walczymy zawzięcie, jednak jeszcze troszkę zostało nam do przewiercenia.























niedziela, 16 lipca 2017

Inwestor drugiej kategorii.

Inwestor (hahaha) drugiej kategorii musi czasami radzić sobie sam. Brakuje dla niego mocy przerobowych, potrzebnych akurat i - w zasadzie - nieustająco - u inwestorów (tu już bez kpiącego śmiechu) pierwszej kategorii, zakasuje więc rękawy i konstruuje przyrząd do odmierzania odległości w dachówce wraz ze stołem wiertniczym.




Inwestor drugiej kategorii miał kilka lat temu wizję własnoręcznego postawienia domu na nogi, toteż nie może narzekać, a jedynie cieszyć się, że będzie mógł używać sformułowania "odbudowaliśmy dom" trochę mniej przekłamując rzeczywistość.

Istotne jest to, że inwestorzy drugiej kategorii mają niezastąpionych sojuszników, którzy na przykład przerobili już wiercenie w dachówkach i mogą pożyczyć fajną wiertarkę, albo lubią słuchać płyt z samochodowego głośnika szczególnie na wsi, wykonując przy okazji jakieś pożyteczne (dla inwestorów) zajęcia. Z takim zapleczem ludzkiej życzliwości przystąpić więc może inwestor drugiej kategorii do wiercenia 13 000 otworów w 13 000 dachówek i chociaż pierwsze starcie kończy się wynikiem 115 - 12 885 (dla dachówki), inwestor drugiej kategorii śmiało budzi się rano i po zarobieniu ciasta na chleb z otwartą przyłbicą wraca do pojedynku.



P.s.Informacja dla fanów robót ciesielskich - póki co nadal trwa struganie (dwanaście wiader trocin przydało się w ogródku, a sporo nadal jest do pozyskania) - panów miało być czterech, ale jakoś tak wyszło, że tych dwóch nie ma, jeżeli nie zacznie padać, to w połowie tygodnia...zacznie się poprawianie źle umocowanych w wieńcu szpileczek... no właśnie. Możemy jednak zapewnić, że gdy nastaną TE DNI, będziemy focić bez opamiętania!

czwartek, 13 lipca 2017

Dach - start.


Niby nic, ale!
Wczoraj ruszyły prace nad więźbą, poprzedzone wesołymi rozmowami z mistrzami ciętej riposty (i ciesielstwa - mamy nadzieję).
Szczotkowanie belek, jako niewiarygodne wewnątrz, sobie odpuściliśmy.
Postawiliśmy na struganie, żeby jakoś to się dało odkurzać:)


niedziela, 9 lipca 2017

Trzy ekipy.

Pierwsza ekipa od kilku dni opróżnia naszą posesję z przedmiotów, które w większości należą do K., wykonawcy z gatunku uciekających z budowy. Łupem włamywaczy padły także nasza kosa i przedłużacz - zostawialiśmy je w domu z premedytacją, gdyż, choć służyły nam od lat, nie darzyliśmy ich zbyt ciepłymi uczuciami. Zdecydowanie gorzej ma K.

Druga ekipa - WCHODZI WE WTOREK! Będzie dach! Jupiii!

Trzecia ekipa jest najfajniejsza i dość liczna :)




środa, 5 lipca 2017

Sztuka szczęścia. (Drugi koniec Polski)

Musieliśmy zrobić sobie przerwę od gapienia się na płyty wiórowe.
Pomknęliśmy wzdłuż granicy na północ, co zaowocowało spotkaniem z prawdziwą sztuką!



Wystarczy kilkaset kilometrów samochodem, by CAŁY świat stanął przed człowiekiem otworem. W jednym miejscu.

środa, 28 czerwca 2017

Idziemy jak burza...

..czyli gwałtownie zaczynamy i równie nagle kończymy.
No cóż, jak się wczoraj okazało (i co nas w zasadzie nie zaskoczyło) w tym tygodniu nikt nie będzie u nas niczego zaczynał.
W przyszłym też raczej nie.
Ale w kolejnym to już na bank!

A tak na marginesie - projekt nam zbrzydł przez te lata ;)




poniedziałek, 26 czerwca 2017

Trzy weekendy.

Wczoraj zakończyliśmy trwającą trzy weekendy batalię o ocalenie płyty wiórowej (a ściślej rzecz ujmując - sześćdziesięciu płyt), która wedle zapewnień aż dwóch ekip miała być tak zabezpieczona, by przetrwać deszcze i słoty.
Dwa pierwsze weekendy (przy wielkiej, przeogromnej pomocy T., któremu jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni) w swej naiwności suszyliśmy, co zalane i osłanialiśmy od nowa.
(Rzecz jasna pomysłodawcy i entuzjaści pomysłu umyli ręce, więc rękawy trzeba było zakasać samemu.)
Po kolejnym deszczu przyszło olśnienie.
Komu potrzebna jest podłoga już TERAZ? (Przed dachem.)
Fachowcom.
Dlaczego jest im teraz potrzebna?
Żeby nie rozstawiać rusztowań i nie montować prowizorycznych przejść, żeby postawić pustaki pod ręką, zamiast taszczyć je na piętro (czyli wyłącznie dla ich WYGODY).
No to - rozbieramy.

Z resztą, teraz kolej na dach, a dach włazi w strop, więc ekipa od dachu tak czy siak płyty w dużej części musiałaby demontować.

A skoro już o dachu mowa - nie ma lekko.
Zimą się umówiliśmy, a w zeszłym tygodniu (po tym, jak ekipa odwiedziła konstruktora) dowiedzieliśmy się, że może jednak lepiej dla nas będzie, gdy poszukamy kogoś innego.

Żart nas nie rozśmieszył i po krótkiej interwencji słownej (a dokładnie rzecz ujmując - słowno-finansowej) rzekomo dali się przekonać i podobno w tym tygodniu zaczną.

Teraz wiemy już, że nie należy ufać nadmiernie wiórom oraz, że nutka niedowierzania ratuje od rozczarowania.


P.s.Jaskółkom zostawiliśmy daszek, oczywiście. Miło spędzamy czas na budowie spożywając to i owo z ogniska. Mamy wreszcie poczucie, że do Staruszka wróciło życie.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dobry przykład.


Jak widać - niektórzy wzięli sprawy w swoje ręce i za moment się wprowadzą.

Ostatnio przydarzyło nam się takie coś:
-Mieliście osłonić te płyty drugą warstwą. Wszystko zamokło.
-Rozłączam się!

Postanowiliśmy więc iść śladem jaskółek.
Murowanie nie może być aż tak trudne!




Rzecz jasna, żadnych okien i drzwi przed jesienią - przecież dzikich lokatorów nie eksmitujemy.

niedziela, 4 czerwca 2017

Za szybko!

W czwartek człowiek wchodzi po tych swoich wyczekanych schodach, widzi ściany kolankowe i się cieszy. Jak głupi! Biega od okna do okna (których oczywiście nie ma, ale widać już, gdzie będą) i podziwia widoki.




























W piątek trzeba jechać z Potomkiem na mecz, a z Kozą zostać w domu, więc na pół dnia spuszcza
się z oka akcję budowlaną.

W sobotę się sądzi, że się jedzie oglądać zbrojenie wieńca, a widzi się nowe ściany.


























W pierwszej chwili widok generuje radość - wszystko rośnie, widać co gdzie będzie, normalnie prawie można się wprowadzać...Po chwili jednak pojawia się refleksja.

Przecież teraz miały być tylko szczyty i ścianki kolankowe.

Przecież nic, nic poza rzeczami, których już nie cofniemy, oraz tymi, które mają być ciepłe i ciche, miało nie być z tego nieszczęsnego pustaka.
Chcemy stare cegły. Stare, pełne, normalne i ŁADNE cegły.

Znowu okazało się, że...warto rozmawiać, warto uprzedzać fakty, nie ma głupich pytań, a nawet jeśli są - lepiej zrobić z siebie kretyna, niż się później leczyć nerwy nadmierną ilością ciastek oraz, że nie należy jechać na wakacje, jak się chce mieć zrobione tak, jak się chce, a nie tak, jak może się mieć w wyniku niedopowiedzeń i nieporozumień.

Na szczęście wszystko jeszcze da się odkręcić.

P.s.Akcja ucieczkowa K., naszego ex wykonawcy, zakończyła się w miarę szczęśliwymi finałem. Podstępny telefon  do zakładu pracy dziewczyny zaginionego w akcji (a dokładniej - w Niemczech) zaowocował zwrotem projektu oraz innych zasobów. Jedynym, co nam zostało (poza niesmakiem) z tej przygody, są liczne, ciężkie i nie nasze graty budowlane, z którymi zaczyna nam robić się ciasno.

czwartek, 1 czerwca 2017

Dzieje się.


Jak co roku (poza wyjątkami podyktowanymi przychodzeniem na świat dzieci) z okazji DODP udaliśmy się do Śledziby, gdzie, jak widać, A. i R. rozegrały, przy współudziale niezmordowanych ojców, swój pierwszy sparing.



Mieliśmy też przelotną okazję poznać właścicieli pewnych krów.
(Nie zapominamy o Roxi, skoro to pies morderca- strach się narażać i nie wspomnieć. Roxi też tam była!)

***
Budowa nabrała tempa. (Choć za momencik znów na chwilkę przystopuje w oczekiwaniu na ekipę od dachu.)
Jako entuzjaści wszelkich imprez, musimy już powoli zastanawiać się nad wiechą.














Jest spora szansa na to, że nasz nowy Staruszek powróci do swej dawnej kondycji jeszcze zanim dzieciaki dorosną.




niedziela, 28 maja 2017

Już są! (Schody i widoki.)


Prawie trzy miesiące materializowały się schody.
Powstały wysiłkiem dwóch ekip, przy niezaprzeczalnym współudziale dobrej ostatnio pogody.



Możemy teraz sobie na nie wejść.



Przy okazji podlewania schodów podziwiamy widoki i podniebny skład budowlany.



Generalnie - wszyscy są zadowoleni.
Niektórzy nawet mogliby narzekać na nadmiar szczęścia!


wtorek, 23 maja 2017

Najpiękniejszy zapach na świecie.


Sprawy ruszyły naprzód.

Zaginiony w akcji K. nadal przebywa gdzieś u zachodnich sąsiadów (albo zgubił tam telefon), wraz z wiedzą na temat miejsca pobytu naszego drogocennego projektu budowlanego (wobec tego został nam już tylko jeden jedyny egzemplarz), powrócił za to pan A. z ekipą i wygląda na to, że machnie wszystko w kilka dni.

Wąchaliśmy wczoraj zalążek stropu, teraz nic nie pachnie nam piękniej niż płyta wiórowa.
Zachwyciłaby nas prawdopodobnie także woń pustaków ceramicznych, gdyby jakieś dało się kupić od ręki, ale w tej chwili nie jest to takie proste, chyba, że się wygrało w Totka.

W każdym razie jest postęp (widoczny), posadziliśmy także pomidorki koktajlowe i mamy wielką nadzieję, że kolejny sezon ogródkowy dane nam będzie spędzić bliżej naszych mizernych upraw, co powinno w pozytywny sposób wpłynąć na ich kondycję.

***

Pustaki się jednak znalazły.
Mamy sufit.
Mamy 25 ton piasku.
Mamy 2/3 potrzebnej nam dachówki rozbiórkowej (siłą rzeczy i dziełem przypadku powróciliśmy na dobrą drogę, porzuciwszy myśli o karpiówce-nówce, w kierunku której pchała nas rezygnacja i dobre rady oraz brak starych gąsiorów w odpowiednim kolorze, który okazał się mrzonką, bo i gąsiory się znalazły).




















Mamy niezły humor.
Mamy ogrodowego węża, który sprawi, że wywiercona niedawno studnia stanie się poręczna i użyteczna.
Mamy też na tyle rozsądku, żeby przejść do porządku dziennego nad niemożliwością urządzenia styczniowych urodzin Okruchowi w domu w pełni przystosowanym do takich akcji.
Na dodatek zaraz będziemy mieli ciasto z kłopotnickim rabarbarem, które zjemy w towarzystwie naszych wolimierskich znajomych, a wiadomo nie od dziś, że spożywanie ciasta w grupie korzystnie wpływa na sylwetkę, znowu więc będziemy szczupli i młodzi - hurrra!

Kłopotnicki rabarbar, jedyny dorodny obywatel naszej działki.

































czwartek, 11 maja 2017

Telefon zaufania.


Użyliśmy ostatniej deski remontowego ratunku. W telefonie zaufania poinformowano nas, że pojawianie się i znikanie (tych samych!) ekip remontowych jest zupełnie naturalne.
Jeżeli chodzi o fachowców , przerobiliśmy już między innymi*: nadmierne docenianie swojej pracy, wciskanie niepotrzebnych materiałów budowlanych, marnowanie i niszczenie dającego się odzyskać materiału, wiarę we własne umiejętności niepopartą (przemilczanym) żadnym doświadczeniem, nieumiejętność odczytywania wymiarów z projektu, zwalanie odpowiedzialności za zakup właściwych materiałów na budowlanych analfabetów (popularnie zwanych "inwestorami").
Pojawianie się i znikanie jednak spotkało nas po raz pierwszy.
***
INFORMACJA dla FACHOWCÓW
Ludzie, wystarczy zadzwonić i się dogadać!
***
Żeby nie zmarnować życia, nie poświęcamy go nadmiernie budowaniu.
Pochłania nas pieczenie chleba oraz kurs pszczelarski, terminami skutecznie kolidujący z czasem, który moglibyśmy poświęcić na własnoręczne postawienie domu.
Przesiadujemy u T. (który był tak dobry i pomógł nam ułożyć kilkadziesiąt kubików drewna (czytaj: "więźbę"), żeby nie zgniło) i oglądamy stare teledyski.
Jemy także dużo chrupek kukurydzianych, które umożliwiają nam, uwielbiane przez nas, włóczenie się po okolicy z Potomstwem.


*To ujemne minusy, są też minusy neutralne, a także - zaskakująco często, plusy neutralne i dodatnie, ale tym razem, pogrążeni w zgryzocie i niedowierzaniu, dostrzegamy jednak mniej, niż więcej.
Następna karta pamiętniczka będzie już wesoła - Cudownie Odnalezieni wrócą i skończą, co zaczęli, a jak pogoda dopisze, zaczną kolejni. Przyjedzie stara karpióweczka, z gąsiorkami, użyjemy wody z naszej nowej, bardzo głębinowej studni, a może nawet uporządkujemy księżycowy krajobraz w obejściu.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Jeszcze nie sufit.


W kilka słonecznych chwil powstały zalążki stropu.
Gdyby pogoda była łaskawsza, moglibyśmy już dzisiaj stworzyć krótkie fotostory o tym, jak strop stał się sufitem i jak murowanie ściany tak-jakby-kolankowej dobiega końca. Moglibyśmy też wreszcie nacieszyć się realizacją koncepcji podłużnych okien, które będą występować w tejże ścianie.Są jednak rzeczy, na które nie ma się wpływu.



Lecimy też (oczywiście za pośrednictwem przytomnego K., wykonawcy) z pierwszymi poprawkami.
W zasadzie to powód do radości, o ileż niekorzystniej byłoby robić to po położeniu posadzki!


czwartek, 30 marca 2017

Dach. I znowu schody.

Dzisiaj (jedynego deszczowego dnia w tym tygodniu) przyjechał tak zwany dach.
I tak zwany strop.

Udało nam się osiągnąć rzecz rzadką - korek w ruchu drogowym w Kłopotnicy.

Jak widać, warunki rozładunku były wyborne, o czym zdecydował zbieg okoliczności, zwany inaczej niespodziewaną zmianą terminu dostawy.

































Druga emocjonująca akcja budowlana (ta o wieloznacznym kryptonimie "schody") - znalazła
szczęśliwy finał w formie projektu (za dodatkową opłatą, a jakże), w którym (uwaga, fachowe słownictwo!) ten taki spód schodów zachodzi tak jakby na otwór drzwiowy, no ale co to dla nas, jak wiadomo czasami po prostu, po prostu nie wiadomo o chodzi i nie należy tego jakoś nadmiernie drążyć, bo się jeszcze człowiek dowiaduje, że wielkości pomieszczeń nie są nadmiernie zgodne z rysunkami.

Reasumując - cieszymy się, że Nr 8 j już niedługo w całości wróci na swoje miejsce, bo takie pół domu bardzo, ale to bardzo psuje krajobraz.