Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

sobota, 7 października 2017

Boheter drugiego planu.



Zawsze na posterunku, siłą rzeczy - systematycznie na zdjęciach, tym razem awansował do rangi bohatera.



Przygotowaliśmy się na widok działki usianej śmieciem, zdewastowanego nowo położonego dachu (a dokładniej prawie-połowy połowy dachu, bo ciągle pada), a tym czasem, poza nowoczesną sławojką, tylko prowizoryczna brama nieco przyklękła.
Nie da się ukryć, jesteśmy szczęściarzami!

piątek, 29 września 2017

Nieprzespane noce.

Z powodu zawodności ludzkiej pamięci (i popełnienia kolejny raz tego samego, strategicznego błędu) cierpimy na budowlaną bezsenność. Zdarzało się nam to już wcześniej.
Czy są jakieś plusy tego stanu rzeczy? Oczywiście. Jesteśmy coraz bliżsi realizacji naszego pierwotnego założenia - opcja "zrób to sam" ogranicza frustrację, poprawia samopoczucie i daje satysfakcję, spozieramy w jej stronę tęsknie i wizualizujemy ją sobie intensywnie, bo zaczyna być realistyczna.

Pośród skrajnych emocji i ogólnego poczucia niesmaku musimy jednak przyznać, że dach robi się coraz ładniejszy. Widać koniec.






niedziela, 24 września 2017

Szaro, buro i... radość.

Pogoda jaka jest, każdy widzi, jednak nie mamy czasu się nią martwić.
Przeanalizowaliśmy ostatnio nasze remontowo-budowlane położenie i okazało się, że w ciągu minionych ośmiu lat nigdy jeszcze nie byliśmy tak blisko przeprowadzki. Można by oczywiście stwierdzić, że wróciliśmy do punktu wyjścia, zdecydowanie jednak wolimy myśleć, że ów został już przekroczony - pakując się w to przedsięwzięcie mieliśmy wszak dom z szafami pełnymi cudzych butów, w tej chwili  nr 8 wygląda jak po gruntownych (wręcz radykalnych) porządkach, gotowy na remont. Hurrra!



























Zastanawiamy się tylko, którą teraz pójść drogą, a do wyboru mamy dwie.
Możemy zabić dechami co się da, wstawić kilka okien, kozę i skończyć częściowo całą masę innych rzeczy, zamieszkać w kuchni z balią na betonie i dłubać, żyjąc i pracując w oparach remontowego kurzu z dwójką dzieci.
Możemy też zabić dechami wszystko i czekać na wiosnę, dając sobie oddech, a następnie...zamieszkać w namiocie u stóp Staruszka, żyjąc i pracując w oparach remontowego kurzu  z dwójka dzieci.
Przewaga planu numer jeden nad planem numer dwa jest taka, że moglibyśmy zamienić nasze mirskie mieszkanie na środki na remont.
Przewaga planu numer dwa nad planem numer jeden jest taka, że moglibyśmy nie mieszkać w oparach remontowego kurzu zimą, co ułatwiłoby życie dzieciom (no dobra, może nam ułatwiłoby nawet bardziej).

Trzecia droga wydaje się być pójściem na manowce. Moglibyśmy przecież prowadzić prace tak, jak do tej pory, patrolując włości kilka razy dziennie, tyle, że kable już raz samoczynnie opuściły nasza posesję, będąc wcześniej zamontowanymi, i nie mamy złudzeń, że nowe także mogłyby udać się ich śladem. Rur wcześniej za bardzo nie było, trudno nam więc powiedzieć, jakie mają zwyczaje w zakresie zagrzewania miejsca u jednego właściciela.

Zdecydowanie jednak i niezaprzeczalnie musimy obecnie zrobić jedną rzecz - udać się po wycenę do wykonawcy okien (32 sztuki...chyba, bo coś nie możemy się doliczyć) i drzwi (8 sztuk).

poniedziałek, 18 września 2017

Los inwestora, czyli cała prawda o budowie.


Gdybyśmy mieli udzielić komuś rady dotyczącej budowania "się", polecilibyśmy nieszczęśnikowi zakup dobrej ulicówki, szufli metalowej oraz wiader, sporych i trwałych. Kiedyś wierzyliśmy, że najważniejszy jest przecinak, później prym wiodły widły, jednak wyzbyliśmy się złudzeń!
Miotła, szufelka i wiadro nie tylko sprawią, że poczujesz się na własnej budowie potrzebny, dadzą Ci także satysfakcję z powodu dobrze wykonanej pracy, powodując spektakularne efekty (nie zdążyliśmy tychże sfotografować, bo Mała Koza dała nam powody do ekspresowej ewakuacji z placu boju).




Jeżeli chodzi o inne aspekty inwestorskiego życia - moglibyśmy się rozpisywać, ale ktoś zrobił to wcześniej, aż nazbyt trafnie.


Jeżeli chodzi o bycie bardziej szczegółowym -  w naszym przypadku, choć papa okazała się ciężka i poskąpiliśmy na kolejne rusztowania - czego jak czego, ale dachu nie będziemy mogli się raczej czepiać.









niedziela, 17 września 2017

Odpuszczanie, czyli czego uczyliśmy się przez ostatnie osiem lat.



18 września 2009 spotkaliśmy nasz Dom po praz pierwszy.
Wydawało nam się wówczas to i owo, a wielu z tych rzeczy byliśmy nawet absolutnie pewni.
Okruch nie miał roku, Mała Koza miała ociągać się z przyjściem na świat jeszcze sześć lat i jeden dzień, a my o tym, co nas czeka nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia - i całe szczęście - bo być może zawahalibyśmy się, zamiast dość spontanicznie podjąć jedyną słuszną decyzję o wejściu w układ ze Staruszkiem.

Później sporo się działo. Jak to w życiu. Jak to na (nie)budowie. Musieliśmy zmodyfikować plany i pogodzić się z budowlanym tornado, które uaktywnia się zwłaszcza, kiedy człowiek się na chwilkę odwróci. I w sumie, po okresie wątpliwości dryfujących czasem w okolice załamania odkryliśmy (na szczęście) - że chodzi nam tylko o to, żeby móc wyhodować dla dzieciaków przysłowiową marchewkę, mieć gdzie potańczyć ze znajomymi i nie frustrować się zimnem w mieszkaniu, w którym nie da się otworzyć okien, bo wszyscy wokół w swoich własnych piecach utylizują zbierany całe lato plastik.
To, czy szpara (między pustakami a belką o zbyt dużym przekroju) uszczelniona jest pianką montażową, z którą nie sympatyzujemy, nie ma żadnego znaczenia dla wzrostu marchwi. Trwając w tym przekonaniu cieszymy się, że uda nam się nie popsuć krajobrazu kulturowego (chociaż na pierwszy rzut oka może na to nie wyglądać), będziemy mieli własny piec i (niejedną) grządkę.

A nr 8 znowu zaczyna wyglądać jak dom.



Co prawda coś wydaje się nie grać z pewnymi drzwiami, ale raczej okaże się, że nie ma tego złego (już my się o to postaramy!).








niedziela, 10 września 2017

Dziwne dni.

Ostatni tydzień obfitował w taką ilość nagłych zwrotów akcji na wszelkich życiowych frontach, że gdyby nie pewna ilość (ratującego od postradania zmysłów) ciasta spożytego w odpowiednim towarzystwie, spotykalibyśmy się już z rodziną i znajomymi chyba tylko w Bolesławcu (za dawnych czasów powiedzielibyśmy "w Gnieźnie", ale to już nie nasz rejon...).

Ekipa od dachu udała się na "fuchę". Obyłoby się bez zgrzytów i łez, gdyby powiedzieli nam to wprost nie tylko podczas zmieniającej stan świadomości wiechy. Sytuacja zirytowała człowieka (bardzo, bardzo solidnego) od wynajmu rusztowań, gdyż jak się można domyślić te potrzebne były bardzo pilnie, tylko dowiedzieliśmy się o innym terminie pilności, gdy rusztowania mające do nas przyjechać zupełnie kiedy indziej były już na pace transportującego je samochodu.

Nie ma jednak tego złego! Wątek rusztowań jest znacznie szerszy, poprzestańmy może na tym, że wola wykorzystania tych, które miały od nas wyjechać, ale pozostały, skierowała nas ku naszemu pierwszemu wykonawcy - szczęśliwie murowanie z pustaków idzie mu zupełnie dobrze. W efekcie prace nad dachem stanęły, a młody Staruszek zyskał zupełnie zbijający z tropu wygląd ;)



Wnętrza nabierają kształtów, a my zastanawiamy się jak to zrobić, żeby urodzinowa (styczniowa) impreza Okrucha mogła odbyć się na jakimś sensownym metrażu (zgraja dziewięciolatków zajmuje sporo miejsca!).

A poza tym - drzewo mu urosło, temu domu.



poniedziałek, 4 września 2017

Wiecha.

Zaskoczeni frekwencją, ze zdemolowanymi organizmami (liczba mnoga lekko naciągana), serdecznie dziękujemy - Wam Wszystkim!


wtorek, 29 sierpnia 2017

niedziela, 27 sierpnia 2017

Za moment wiecha.


System pracy obecnej ekipy polega na wytrwałości i systematyczności owocującej nagłymi zwrotami akcji. Panowie są na budowie codzienne (nawet, gdy pada, co - jak już się przekonaliśmy - nie jest popularnym podejściem) i coś tam rzeźbią, aż tu nagle dzień dobry, dźwig na poniedziałek trzeba zamówić.
Dźwig w poniedziałek oznacza wiechę (najpóźniej) w piątek.


Jeżeli chodzi o spektakularne postępy (których bardzo teraz potrzebujemy w celu wzmożenia budowlanego entuzjazmu), w tym tygodniu powinna wrócić na swoje miejsce łąka, będąca obecnie pagórzastym chaosem z domieszką gruzu.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Ciesielski sierpień.

Miesiąc upływa Staruszkowi wśród wiórów i drzazg.
Trochę wiercimy (dachówkę, rzecz jasna), trochę sprzątamy (dom i okolicę), aż raz byliśmy w górach (sukces, to drugi raz w tym roku!), za to Panowie Od Dachu rzeźbią oraz nieustająco zadają nam pytanie - kto wymyślił te przekroje? Dowiedzieli się od konstruktora, że to nasz pomysł, choć my chcieliśmy tylko, żeby było tak, jak kiedyś, a nie grubiej. Cóż, przez lata fakty i wymiary mogą zatrzeć się w pamięci - pytanie tylko - czyjej? (Obejrzeliśmy ostatnio interesujący serial* o równoległych rzeczywistościach, czy - jak kto woli - solipsyzmie - był na tyle przekonywujący, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że oba poglądy - nasz i konstruktorski - są prawdziwe...no, prawie.)

Nie czas jednak płakać nad rozlanym mlekiem.

Dzieje się, szczęśliwy dach nad głową jest coraz bliżej!






      


*The Affair

poniedziałek, 24 lipca 2017

Urlop.

Jak już wspominaliśmy,obstajemy przy poglądzie, że nie dla "inwestora" wczasy.
Z jednej strony budowa może podryfować w zaskakującym kierunku nawet w ciągu jednego dnia, z drugiej dzisiaj się słyszy "do niczego nie jesteście nam tu potrzebni", a jutro "przywieźcie nam teraz kotwy chemiczne i pręty gwintowane, a te deski musicie sobie ułożyć, bo spleśnieją".
Jako zupełnie zbędni i totalnie niepotrzebni na własnej budowie, przezornie organizujemy sobie jedynie krótkie wypady (niekiedy) połączone z podziwianiem tego, co się komuś udało wykrzesać z rudery.


Prace nad dachem stanęły - panowie T. i K., wykonawcy, musieli udać się na urlop.
Tymczasem my posłusznie ułożyliśmy tarcicę i odebraliśmy długo wyczekiwane sto wierteł.
Poniekąd cieszymy się z budowlanego przestoju - jesteśmy tydzień do przodu z wierceniem (czyli zamiast na minus, wyszliśmy na zero, jeżeli brać pod uwagę czas czekania na wspomniane wiertła).

Podjęliśmy ponownie temat ilości dachówek, które powinny mieć dziurki. Efekt rozmów nas obezwładnił - pan T. orzekł, że należy przewiercić wszystkie, pan K., że połowa może by wystarczyła.
Powiercimy - zobaczymy.

wtorek, 18 lipca 2017

Jeszcze troszkę.

Nadal dziurkujemy dachówki. Wcześnie rano (przed pracą) i po południu (po pracy).
Czekamy także na zamówione w Casto wiertła, potrzebnych nam jest ich (jedynie...) ponad sto.

Dachówki (od Sturmów z Freiwaldau) występują  w odmianach miłej i niemiłej.
Niemiłych jest więcej, przewiercenie jednej potrafi zająć nawet kilka minut. W miłe wiertło (JCB 5 mm, do betonu - gdyby ktoś chciał zapytać - najlepsze z przetestowanych, choć szczęśliwe - wcale nie najdroższe) wchodzi jak w masełko.



Walczymy zawzięcie, jednak jeszcze troszkę zostało nam do przewiercenia.























niedziela, 16 lipca 2017

Inwestor drugiej kategorii.

Inwestor (hahaha) drugiej kategorii musi czasami radzić sobie sam. Brakuje dla niego mocy przerobowych, potrzebnych akurat i - w zasadzie - nieustająco - u inwestorów (tu już bez kpiącego śmiechu) pierwszej kategorii, zakasuje więc rękawy i konstruuje przyrząd do odmierzania odległości w dachówce wraz ze stołem wiertniczym.




Inwestor drugiej kategorii miał kilka lat temu wizję własnoręcznego postawienia domu na nogi, toteż nie może narzekać, a jedynie cieszyć się, że będzie mógł używać sformułowania "odbudowaliśmy dom" trochę mniej przekłamując rzeczywistość.

Istotne jest to, że inwestorzy drugiej kategorii mają niezastąpionych sojuszników, którzy na przykład przerobili już wiercenie w dachówkach i mogą pożyczyć fajną wiertarkę, albo lubią słuchać płyt z samochodowego głośnika szczególnie na wsi, wykonując przy okazji jakieś pożyteczne (dla inwestorów) zajęcia. Z takim zapleczem ludzkiej życzliwości przystąpić więc może inwestor drugiej kategorii do wiercenia 13 000 otworów w 13 000 dachówek i chociaż pierwsze starcie kończy się wynikiem 115 - 12 885 (dla dachówki), inwestor drugiej kategorii śmiało budzi się rano i po zarobieniu ciasta na chleb z otwartą przyłbicą wraca do pojedynku.



P.s.Informacja dla fanów robót ciesielskich - póki co nadal trwa struganie (dwanaście wiader trocin przydało się w ogródku, a sporo nadal jest do pozyskania) - panów miało być czterech, ale jakoś tak wyszło, że tych dwóch nie ma, jeżeli nie zacznie padać, to w połowie tygodnia...zacznie się poprawianie źle umocowanych w wieńcu szpileczek... no właśnie. Możemy jednak zapewnić, że gdy nastaną TE DNI, będziemy focić bez opamiętania!

czwartek, 13 lipca 2017

Dach - start.


Niby nic, ale!
Wczoraj ruszyły prace nad więźbą, poprzedzone wesołymi rozmowami z mistrzami ciętej riposty (i ciesielstwa - mamy nadzieję).
Szczotkowanie belek, jako niewiarygodne wewnątrz, sobie odpuściliśmy.
Postawiliśmy na struganie, żeby jakoś to się dało odkurzać:)


niedziela, 9 lipca 2017

Trzy ekipy.

Pierwsza ekipa od kilku dni opróżnia naszą posesję z przedmiotów, które w większości należą do K., wykonawcy z gatunku uciekających z budowy. Łupem włamywaczy padły także nasza kosa i przedłużacz - zostawialiśmy je w domu z premedytacją, gdyż, choć służyły nam od lat, nie darzyliśmy ich zbyt ciepłymi uczuciami. Zdecydowanie gorzej ma K.

Druga ekipa - WCHODZI WE WTOREK! Będzie dach! Jupiii!

Trzecia ekipa jest najfajniejsza i dość liczna :)




środa, 5 lipca 2017

Sztuka szczęścia. (Drugi koniec Polski)

Musieliśmy zrobić sobie przerwę od gapienia się na płyty wiórowe.
Pomknęliśmy wzdłuż granicy na północ, co zaowocowało spotkaniem z prawdziwą sztuką!



Wystarczy kilkaset kilometrów samochodem, by CAŁY świat stanął przed człowiekiem otworem. W jednym miejscu.