Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

piątek, 5 stycznia 2018

Trzeba by.


Nosimy się z zamiarem. Krążymy wokół tematu i bardzo unikamy wypowiedzenia na głos, że jednak trzeba by. Tak to trwa i trwa, tu się pojedzie, tam puzzle ułoży, zje coś, pośpi, poczyta, a tymczasem należałoby się zabrać, zmobilizować, wziąć byka za rogi i zakasać rękawy, wykrzesać upór i ruszyć z miejsca.

I oto nadchodzi TEN DZIEŃ  (czyli dzisiaj), wspaniały dzień przełomu w posezonowym marazmie.

Upominamy się więc o fakturę zaliczkową na okna, sprzątamy (nawet dzieciaki dorwały się do mioteł, z entuzjazmem) mieszkanie (nasz wentyl bezpieczeństwa i źródło braku budowlanego przymusu), by pozbyć się go czym prędzej w drodze zbycia.

Musimy przechytrzyć siebie samych, bo trudno osiem lat płynąć wyłącznie na fali młodzieńczego entuzjazmu, który się nieco zestarzał - widmo braku dachu nad głową powinno działać mobilizująco.

Także ten, w 2018, życzymy Wam (i sobie) wielgachnej werwy (i parapetówki w Kłopotnicy)!

P.s.Wznowiliśmy podróże po regionie. Na pierwszy ogień poszedł dawno nieodwiedzany Lubomierz, w ramach zajęć filmoznawczych, po obejrzeniu wiadomej produkcji, choć szary, bury i ponury, wzbudził nawet odrobinę entuzjazmu u Potomstwa ("to było w filmie!").