Stosując się więc do swych zwykłych zasad postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwanie miejscowości na "S." w której stoi niejaka Śledziba. I co?
I nic! A poza tym bardzo wiele.
Kierunek obraliśmy dobry, miejscowości na "S." były trzy, ze śpiącym na pace dziecięciem dobrnęliśmy więc do Skały i zobaczyliśmy...nie, oczywiście, że nie nadzwyczajny przysłupowy dom, tylko to:






Uznaliśmy falstart za udany. Przeczesaliśmy zamek.I opuściliśmy to niesamowite miejsce z dosadnym "łe" na ustach skierowanym w stronę niezidentyfikowanej istoty odpowiedzialnej za jego stan.
Po zaliczeniu przejażdżki wózkiem po supermarkecie, zerkając na szczyty Izerbejdżanu taplające się w chmurach

udaliśmy się na przechadzkę po naszych włościach.
Okazało się, że dziura w dachu niesie opłakane (czyli mokre) skutki.

Rozejrzawszy się po obejściu spostrzegliśmy budę (jedną z trzech) szczęśliwie pokrytą papą. Jutro jedziemy do Rębiszowa na wybory (okręgi w dziewięciotysięcznej gminie, gdzie każdego zna się z twarzy - GRATULUJEMY pani Ordynacji), a zaraz potem, w galowych strojach, będziemy bawić się w dekarzy.
Podsumowując: nie ma tego złego!
(Cały rok zastanawialiśmy się, czemu te budy obmierzłe ciągle błąkają się nam po trawniku. Wszystko ma jakiś sens.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz