Zmierzamy dziarsko dewastatorską ścieżką ku realizacji tej wizji, czyniąc co rusz nowe odkrycia natury budowlano-remontowej.
Podkusiło nas na przykład, by oderwać kawałek dykty, bardzo dokładnie przybity do podłogi w pokoju nad chlewem. Myśleliśmy, że odkryjemy próchno, ale nic z tych rzeczy. Ujrzeliśmy ślady po skromnym...ognisku.
Wracając do zatęchłych miejsc. Jest nieźle. W zasadzie dobrze. Można by nawet rzec: wybornie! Bo...znaleźliśmy winowajcę. (No, może podejrzanego, ale dowody są jednoznaczne.) Jest nim rów, a w zasadzie jego brak. Mimo usilnych starań nie wydedukowaliśmy, czemu w całej wsi rowy rozkopano i pogłębiono, a ten jeden tkwi zarośnięty.
Porzuciliśmy więc myślenie na rzecz działania. Szkoda tylko, że pada, siąpi, leje i kropi. Koszenie wybujałych traw i kopanie rowów w taką pogodę nie zapowiada się szczególnie przyjemnie.
W dodatku rów ma wspólników. Chaszcze pod oknem przyszłej łazienki wyglądają bardzo malowniczo. Podstępne. A tymczasem, wraz z ziemią, którą nie wiadomo skąd nawiało w ilościach hurtowych, trzymają dzielnie całą wilgoć w kamiennym murze. Na dodatek wspomniane okno do połowy zamurowano. A całość zabito folią.
Jeśli dodać do tego plastikowe okna w przyszłym pokoju dziennym i do niedawna szczelnie zapchane workami ze słomą "światełko w tunelu" (przyszłe kuchenne okienko), wszystko staje się jasne.Niezaprzeczalny walor takiego obrotu spraw to tynki odpadające z prawdziwą gracją.
A Młodzież? Dzielnie pomaga. Nie przeszkadzając.
P.s.Znaleźliśmy plac zabaw w znośnej odległości od naszego domu, no, może raczej miejsca pobytu. A na placu zabaw trzy czterolistne koniczyny. Czyżby nadszedł czas na totolotka?