Ostatnie dni upłynęły nam na uporczywym trwaniu w niezachwianej decyzji dotyczącej, że tak się wyrazimy, renowacji ścian z kamienia. Po chwilach załamania i wątpliwości nastąpił czas na odtrąbienie sukcesu. Dogadaliśmy się w sprawie tego, jak to ma być zrobione z ekipą, która, jak zeznała (i co ogromnie nas rozczuliło), z własnej inicjatywy i woli udała się nawet do naszego (jeszcze nieznanego nam) sąsiada, by obejrzeć jeden taki stary mur co się ostał i się zainspirować. Wskrzeszanie Oldboja zaczęło przebiegać zgodnie z naszymi wyobrażeniami.

Lichuteńkie ściany z lichuteńkiej cegły (takiej,co to rozsypuje się w rękach) zastępuje zgodny z naszym widzimisię, solidny mur. Będziemy to mieli w łazience i na korytarzu.
Tam, gdzie dawno, dawno temu była konstrukcja przysłupowa - idziemy na łatwiznę i w oszczędność (teraz- taniej i szybciej, później - cieplej, a i tak będziemy to tynkować). Oto salon z wyjściem na taras. Ściana jest podwójna, bo uparliśmy się na zachowanie grubości muru z czasu tej cegły, co to się rozsypywała. Upierał się także projekt, a z nim raczej nie dyskutujemy.






