Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

wtorek, 16 marca 2010

Smalec i inne wątpliwe atrakcje, czyli przedostatni rzut oka na ostatnią wyprawę.

Musieliśmy uwiecznić jednego z głównych bohaterów sagi "Trudne dobrego początki". Oto on, smalec - ewakuowany na podwórze, by nie kusić swym jestestwem w domu żądnych uczty myszy:



Bardzo malowniczo zrobiło się w obejściu po tym, gdy płot załamał się pod naporem naszych trosk i zimowej aury:





Ten dramatyczny wątek upadku ogrodzenia widać też w tle kapliczki,nad którą opieka przypadła nam w udziale wraz z domem:

poniedziałek, 15 marca 2010

Cztery strony świata.

Kierunek Jelenia (sąsiedztwo od frontu):



Kierunek Lwówek Śląski(widok na Grudzę prawie spod przydomowej lipy):



Kierunek Świeradów (sąsiedztwo od zaplecza):



Kierunek Izery (szosą mknie ciężarówka z bazaltowym urobkiem):

środa, 10 marca 2010

"Życia panu nie starczy!"

Znamy już odpowiedź na pytanie "dlaczego ludzie nie kupują masowo dwustuletnich poniemieckich chałup w małych wsiach na Dolnym Śląsku i nie zamieniają ich na sielskie gospodarstwa agroturystyczne?". Po pierwsze - kupują i zamieniają. Po drugie - koszty takiej zabawy przewyższają znacznie zdrowy rozsądek. No cóż, pozostaje nam go porzucić - rozsądek ma się rozumieć, nie dom. Można by powiedzieć, że przedsięwzięcie kosztuje trzy razy tyle, ile mamy. Uznaliśmy jednak,że będziemy trzymać się wersji nieco odmiennej - mamy już jedną trzecią (a to przecież prawie połowa) kwoty niezbędnej do zrealizowania inwestycji.

***

Naprzeciwko naszego obejścia był piękny szachulcowy dom. Kupił go ktoś z Wrocławia mniej więcej w tym samym czasie, co my naszą chatę.
Nasze prace są na takim etapie:



Ich na znacznie bardziej spektakularnym:



Wątpliwości człowieka od kontenerów wobec naszego przedsięwzięcia ujęte nad wyraz subtelnie:
-Życia panu nie starczy!
Męska część naszej podstawowej komórki społecznej skwitowała zgrabnym:
-Dlatego zacząłem już teraz!

***

Ktoś pomógł nam z uprzątaniem domu.
Niewidzialna ręka pozbawiła nas żarówki, włącznika do hydroforu oraz starych kożuchów (w ostatniej sprawie - gromkie hip hip hurrra!). Dziękujemy, również za to, że nasz nowiutki grzejnik czekał na nas spokojnie niewzruszony szabrowniczym zajściem.

***

Wyjazd zaowocował jeszcze kilkoma odkryciami...
Tona śmieci to zaledwie połowa zasobów domu.
Architekt czyta nam w myślach.
Chyba jesteśmy niepoważni. (I najwyraźniej dobrze nam z tym.)

piątek, 5 marca 2010

Skarb.

Podobno z poniemieckich domów wysypuje się złoto i stare fotografie.
Przezornie więc, acz przypadkiem, nie obarczyliśmy poprzednich właścicieli wywozem pozostawionych przez nich przedmiotów. I o ile wałkowane tu w nieskończoność pokaźne resztki żywności i obszerna kolekcja mebli na wysoki połysk są dla nas źródłem rozpaczy i strat, o tyle jeden mały detal w zupełności rekompensuje konieczność opróżniania domu z rzeczy mniej lub bardziej niepotrzebnych.

Na inne skarby nie liczymy. Zięć Panów Starszych (a w zasadzie jednego Pana Starszego), od których kupiliśmy dom, przeszukał obejście pod kątem poprzesiedleńczych zdobyczy wszerz i wzdłuż. Z żalem orzekł, że nic nie znalazł. Wyznał jednak (zapytany przez pośrednika P.), że wykrywacza metalu w poszukiwaniach nie zastosował.

P.s.Szczerze mówiąc, te kilka wałków nie pozostało bez wpływu na decyzję o zaangażowaniu się w ten cały bałagan.

poniedziałek, 1 marca 2010

Nic optymistycznego.

Porwaliśmy się na coś, na co w zasadzie nie powinniśmy byli się porywać. No, może powinniśmy, tylko nie teraz. Nasze wyobrażenie o remoncie domu wyewoluowało w totalną masakrę papierkowo-finansową. Pakujemy w to przedsięwzięcie całą naszą energię już prawie pół roku, efekt jest taki, że przez okno wyleciało kilka starych szaf, mieliśmy własne mieszkanie, a teraz tkwimy kątem u mamy, mieliśmy ułożone życie, a teraz sterczymy w rozkroku między Poznaniem i Kłopotnicą, ciałem będąc w mieście, a duchem na wsi, mieliśmy w miarę stabilną sytuację finansową, a teraz mamy długaśną listę wydatków i mizerną przychodów. Tygodnie euforii przeplatane dniami zwątpienia skracają się do godzin, a wątpliwości nachodzą nas coraz częściej. Tłumaczymy to zastojem w pracach, które w zasadzie nie miały szansy się rozpocząć. Raz nasz biznesplan wydaje się być genialny, to znów ogarnia nas trwoga i zastanawiamy się, jak to możliwe, że to taki dobry pomysł, a ludzie nie kupują masowo dwustuletnich poniemieckich chałup w małych wsiach na dolnym śląsku i nie zamieniają ich na sielskie gospodarstwa agroturystyczne z ekouprawami w perspektywie?
W tym całym bałaganie staramy się nie zgubić Staszka, nie przeoczyć jego dzieciństwa. Wleczemy go więc ze sobą wszędzie, od notariusza po składy budowlane, a że rzeczywistość życia z maluchem jest taka, że odległości się wydłużają a czas kurczy ogarnia nas blady strach na myśl o kolejnej eskapadzie, która najpewniej znowu nie przyniesie imponujących zmian w budowie. Bo cóż jedno z nas może zdziałać w malowniczej ruderze, gdy drugie goni, karmi, przewija, zabawia i układa do snu potomka, przekonując go o atrakcyjności okolicznych łąk i krów, wyszukując czające się na polach koty, przekupując ulubionym chlebem, by choć chwilkę wytrwał jeszcze tam, gdzie my byśmy chcieli?
Pewnie maj,a później lato (zainaugurowane pozytywnie rozpatrzonym wnioskiem do nadzoru budowlanego) przyniesie lepsze rozwiązania. Namiot rozbity na naszym pastwisku, a co za tym idzie brak konieczności tułania się z miejsca zakwaterowania na pole budowlanej walki, dłuższe dni, turnus wakacyjny "w pocie czoła" dla znajomych...
Póki co przedwiośnie. Może więc posadzimy wierzby, by móc wyjechać z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku?