Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

piątek, 10 lipca 2015

Do czasu.

Okazało się ostatecznie (choć w sumie jeszcze nieostatecznie), że kij działa lepiej od marchewki (o ile brak kontynuowania tak zwanej "współpracy" jest rzeczywiście kijem, bo może chodziło o szansę na dalszą "współpracę", czyli jednak o marchewkę). Szkoda, cóż jednak zrobić, wygląda na to, że działanie pod presją jest rzeczą bardziej ludzką, niż działanie z własnej woli czy z powodu danego słowa.

Wspieraliśmy wykonawców przypominającymi o tykającym zegarze telefonami i wizytami na placu boju. Niestety, nie zdążyli poprawić wszystkiego - może dlatego, że wczoraj w południe żywej duszy na budowie nie było, a zjawiła się dopiero po telefonie pod tytułem "no nie jest zrobione jeszcze", choć była przekonana, że zrobione jest.

Wynik dzisiejszego rekonesansu sprawił, że musieliśmy się okazać konsekwentni, chociaż może nie aż tak do bólu, jak wyobrażaliśmy to sobie wcześniej, bo jednak sporo (i na dodatek dobrze) było poprawione. Po kolejnym "no nie jest to jeszcze zrobione" i dającym nadzieję acz stanowczym "jaką ma pan wobec tego dla nas propozycję?", dowiedzieliśmy się, że w poniedziałek poprawią do końca. Poniedziałek nie jest jednak minionym czwartkiem. Może zdążą poprawić, zanim my zdążymy przekonać się do innej ekipy? Poinformowawszy lojalnie W., wykonawcę, że wobec tego będziemy się rozglądać za kimś innym, pełni mieszanych uczuć, rozpoczynamy poszukiwania.

środa, 8 lipca 2015

Mobilizacja.

Człowiek w obliczu nieodwracalnego robi się jakiś taki zmobilizowany.
Zniecierpliwieni czekaniem zadzwoniliśmy do W., wykonawcy który na pytanie o swoje plany wobec naszej budowy stwierdził, że przecież w poniedziałek robimy wieniec. Okazało się, że mimo naszych próśb nie zapoznał się z ultimatum przesłanym drogą elektroniczną (w umawianie się "na gębę" to już dawno przestaliśmy wierzyć). Pechowo się nie zapoznał, ale się dowiedział, że nas to niezbyt interesuje, bo przecież mówiliśmy przez telefon, że wysłaliśmy ważną wiadomość, wymęczył spotkanie w Kłopotnicy, po raz setny usłyszał, co jest źle, orzekł, że to przecież jego ulubiona budowa (odpowiedzieliśmy, że naszą ulubioną budową od jakiegoś czasu to to już nie jest) i przecież oczywiście, że poprawią, ale do soboty. Niestety dla siebie dowiedział się, że sobota jest daleko poza zasięgiem naszych zainteresowań i albo udaje, albo się przejął, albo dotarło, że nie żartujemy - w każdym razie dzisiaj  "nasza" ekipa była widziana przy pracy i to -tak, tak - na swojej ulubionej budowie.

A już przywykliśmy do myśli o zmianie, wyszukaliśmy kilka firm budowlanych z okolicy i gotowi byliśmy testować...wróć - nadal jesteśmy gotowi, wszak czwartek jest jutro, a tak jakoś popaduje...

wtorek, 7 lipca 2015

Prawda nas wyzwoli.

Czekamy na jakiś znak od ekipy. Od piątku cisza. Sprawdziliśmy na budowie - żywej duszy przez ostatnie dni tam nie było. Fuszerka trwa i ma się dobrze. Stoi jednak TOITOI i baniak na wodę, zorganizowane przez W, wykonawcę.

Czy brak jakiejkolwiek aktywności ze strony panów to już dowód na to, że możemy z czystym sumieniem szukać nowej ekipy, czy cisza przed burzą?

Chcielibyśmy wiedzieć. Prawda nas wyzwoli.

Póki co mamy parter bez wieńca, z detalami do poprawienia oraz niezawodne poziomki.






(I czas na budowanie tylko do września.)

piątek, 3 lipca 2015

Strata i plon.


Wczoraj (2 VII 2015) straciliśmy cierpliwość. Czwarte podejście do tego samego zostało wykonane wbrew naszym instrukcjom, zdjęciom, rysunkom, tłumaczeniom na sucho i w terenie, przykładom, błaganiom, prośbom i groźbom.  Szef ekipy, zamiast sprawdzić rzecz osobiście, (znowu) uwierzył na słowo swoim pracownikom i zaprosił nas na "odbiór". Odbiór zakończył się wynikiem negatywnym i postawieniem ultimatum - jeżeli do czwartku nie nastąpi poprawna poprawka, szukamy nowej ekipy. No bo ile można?

Z rzeczy miłych i fajnych - mamy niezły plon! W październiku będziemy sadzili ponownie.
(Co prawda, ktoś nam odgryzł długo wyczekiwane pąki róż i przyciął krzaczki truskawek, no ale nie można mieć wszystkiego.)



niedziela, 21 czerwca 2015

Kontrola jakości.

Poczyniliśmy pewne odkrycia. W zasadzie, tak zwane "życie" poczyniło je za nas, a my się tak jakby tylko zorientowaliśmy.
Etap fundamentów był sielanką. No bo co my wiemy o jakichś fundamentach? Zgadzaliśmy się na wszystko i regulowaliśmy należności. Zero stresu i wygoda. Konsekwencje też pewnie były, takie o których gentlemani nie rozmawiają, więc przemilczymy temat, w którym jesteśmy nie do końca zorientowani.
Co innego parter - wystaje z ziemi i będziemy oglądać go codziennie przez wiele lat. Może nadal się nie znamy, ale przynajmniej wiemy, na co chcemy patrzeć. No i nauczyliśmy się czegoś przez miniony rok.
Jak już wspominaliśmy, zaczęliśmy się czepiać. Marudzić. Zauważać, nie zgadzać się i jęczeć. Jeździć, pilnować i fotografować. Czegóż to  można dopatrzeć się na zdjęciach! Chodzi człowiek po budowie, zwykle oprowadzany przez wykonawcę, choć bardzo prosi, żeby jednak nie i że chce sam... i zagadany niczego nie widzi. Stosujemy więc zasadę robienia zdjęć pod nieobecność realizatorów naszego planu.

Później patrzymy i patrzymy... i widzimy
-przeszarżowanie z nowymi ścianami na niekorzyść tych starych,
-brak okien ("bo na rzucie parteru nie było" - może i nie było, ale jest w innych (wielu innych) miejscach),
-okno i drzwi przesunięte o 20 centymetrów ("a to te wymiary trzeba sobie dodać albo odjąć, żeby wyszedł ten trzeci?").

Będzie poprawione? No będzie! Ale co się człowiek zdąży zdenerwować, to jego, czyli nasze.

Przez ostatni miesiąc zastanawialiśmy się nawet, czy ryzykować zmianę ekipy. Postanowiliśmy jednak trwać przy dotychczasowych mistrzach i majstrach, bo poprawiają, da się z nimi w cywilizowany sposób porozumieć, są mili i wyceniają pracę przed jej wykonaniem  (o ile się dobrze tego przypilnuje).
Okazało się przy okazji, że choć czasem mają problem z czytaniem projektu (my się w końcu -zmuszeni sytuacją - tej trudnej sztuki nauczyliśmy), projekt też nie jest bez winy - architektura i konstrukcja... różnią się, gdzieniegdzie, wymiarami. No cóż. Na szczęście kierownik, zdecydowany i odpowiedzialny, ogarnia sprawę.

Niebawem (po ukończeniu poprawek) panowie przystąpią do wykonania wieńca nad parterem.

P.s.Sprawa kopalni i składowanych w niej odpadów dobiegła szczęśliwego końca - HURRRA!
(Ciekawe, jaki wpływ miał na to pewien program telewizyjny...)