Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

czwartek, 20 stycznia 2011

DLW, czyli licencjonowana dolnośląskość.

Jedzie sobie człowiek do "starego szpitala", bo już wie, gdzie to jest, więc bardziej nieco pewny siebie. Wchodzi do mieszczącego się tam urzędu i spodziewa się Bóg wie czego, czyli raczej niczego z domieszką konieczności powtórzenia wizyty, skoro wcześniej trzeba było pół Polski po jeden papier...
...i w dziesięć minut załatwia dla swojej furmanki małoojczyźniany paszport tymczasowy, dumnie niosąc ku reszcie stada lśniące blachy z pięknym, czarnym DLW z przodu. Uśmiech, życzliwość, profesjonalizm. (Co nie znaczy, że to była ostatnia wizyta w tej sprawie - trzeba jeszcze zdać stare PZ i dowód tymczasowy zamienić na coś bardziej stałego.)

Cieszymy się jak dzieci. Czy sesja fotograficzna nowej rejestracji samochodowej to przesada?

środa, 19 stycznia 2011

Masz wiadomość.

I to jaką!

Napisała do nas M., której babcia mieszkała w numerze 8 przed laty.
Dziękujemy za mejla z nieukrywaną nadzieją na poznanie kilku faktów z życia Staruszka.

:)

piątek, 7 stycznia 2011

Droga do zakorzenienia.

No to pojechaliśmy zostać Dolnoślązakami, przynajmniej w kwestiach okołomotoryzacyjnych. I co się okazało? Że jeśli zgubi się kartę pojazdu w trakcie przeprowadzki, to trzeba jechać do Murowanej Gośliny (powiat poznański, województwo wielkopolskie) po kwitek, że się zgubiło, a potem wrócić do Lwówka Śląskiego (powiat lwówecki, województwo dolnośląskie).

No dobrze. Dura lex, sed lex.

Następnie udaliśmy się na poszukiwanie drukarni. Okazało się, że to nie takie proste. Jeździliśmy tu i tam, w kółko i znowu w kółko i wgapialiśmy się w każdy budynek, który mógł mieścić w sobie maszynę do druku offsetowego i solidną gilotynę. Ostatecznie idąc tropem rady zawartej w pewnym utworze muzycznym, spytaliśmy policjanta, by wskazał nam drogę. No cóż, popatrzywszy na naszą rejestrację, przypomniał nam, że Lwówek to mała mieścina i połączył się przez swoje łoki toki z innym policjantem...no i trafiliśmy - do małej poligrafii (punktu ksero).

A a chcieliśmy w ramach lokalnego patriotyzmu wspierać powiatową gospodarkę!

Małe postscriptum w sprawie rozbiórek i zgód.
I D., architekta.

Chcemy dotację. To znaczy - wszystko musi być na legalu. Jest też ważniejszy powód - lubimy, jak jest na legalu, bo później jest łatwiej i człowiek śpi spokojnie (to znaczy - my śpimy spokojnie...j).

D. ma rację. Podwalina naszego wzruszającego muru pruskiego ożenionego z szachulcem jest przeżuta przez stado kołatków, czy innych drukarzy, a szczytowy słupek gnije w najlepsze. Ściany, niektóre, podziękowały już za życie na tym ziemskim padole i do ich rozebrania wystarczy chuchanie i dmuchanie. Za to więźba zostaje! (Ciekawe, co się stanie, gdy rozbierzemy stodołę, dzielącą dach z resztą numeru 8?)



Mamy trójkę dzieci - Staś, firma i sypiąca się chata.
Z tego wszystkiego Staś trzyma się najlepiej.
(To był żart.)

czwartek, 6 stycznia 2011

Pytania egzystencjalne, czyli jakie stężenie coca-coli w organizmie jest niezbędne, żeby nie zwariować na wieść o odwilży.

Tak sobie gramy w Carcassonne i słuchamy. Za oknem wieje, w radio wieszczą odwilż, a my staramy się myśleć o tych rozszerzeniach gry, które nabyliśmy w celu wyposażenia naszego prywatnego domu kultury w atrakcje turystyczne.

Obiecany mejl z resztkami koncepcji nie nadszedł.
Rok temu w ogóle nie braliśmy pod uwagę projektu. Ten dodatkowy, wielotysięczny wydatek spadł na nas w lutym. Od tamtej pory chyba nic nie robi już na nas wrażenia. W ciągu roku wściekłość i rozczarowanie na wieść o kolejnych remonciarskich atrakcjach stopniowo przestały występować. Zostało nam już tylko "aha", wypowiadane z lekkim powątpiewaniem i silne przeświadczenie o tym, że ironia losu nam sprzyja, a każdy zakręt wiedzie ku coraz dłuższym odcinkom prostej(czasem tylko wypada utknąć w zaspie, tak dla przyzwoitości, żeby utrzymać narodowy standard wielbiciela porażek).

Z refleksji natury ogólnej nasuwa się nam też na myśl przedziwny objaw rewitalizacji numeru 8 - totalny brak zainteresowania wystrojem wnętrz. Jedyne, co przyszło nam do głowy w tej sprawie, to użycie belek z naszego drogiego szachulca do budowy mebli (gdyby się nie nadawały do wspierania konstrukcji). Jakoś trzeba było osłodzić sobie wiadomość o koniecznej rozbiórce.
No dobra, jeszcze jedno - duży stół - do gry w Carcassone z rozszerzeniami, oczywiście.

Żeby uzupełnić powyższy bałagan, zdjęcia z zupełnie z innej beczki, czyli sposób nr dwa na remonciarską depresję - bieganie po Kłopotnicy i podziwianie jej uroków, żeby sobie udowodnić, że się jest jak najbardziej rozsądnym, no bo jak można nie mieszkać w takim miejscu, no jak?






I jeszcze o śniegu - stopnieje nam we wnętrzach, nie ma się co czarować.
Tylko co z tego, skoro podłogi zasmakowały jakiejś pleśni po tym, jak przez kilkadziesiąt lat wątpliwa jakość dachu nikogo nie wzruszała?

Dobra wiadomość w sprawie odwilży jest taka, że nic nie szkodzi, bo:


Projekt przewiduje dokonanie gruntownej sanacji budynku, co wiąże się z koniecznością wykonania następujących prac:

-Częściowa i całkowita rozbiórka niektórych ścian,
-Całkowita rozbiórka pokrycia dachowego,
-Całkowita rozbiórka drewnianych stropów,
-Częściowa wymiana innych elementów konstrukcyjnych ścian i więźby dachowej,
-Całkowity demontaż okien i drzwi,
-Wykonanie nowych ścian wewnętrznych murowanych
[...]
-Osuszenie i odgrzybienie odsłoniętych murowanych ścian przez okres miesięcy wiosennych i letnich



Prawa do powyższego tekstu posiada D., architekt, a lista robót sanacyjnych jest oczywiście dużo dłuższa.

Za to będziemy mieli 79,17 m2 powierzchni użytkowej w naszym kłopotnickim mieszkanku - cóż za awans społeczny!

środa, 5 stycznia 2011