Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fachowcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fachowcy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2012

Tyły, czyli od końca do końca.

W miniony weekend, zanim jeszcze mirską ziemię ogarnęła nieprzenikniona mgła, zdążyliśmy spotkać się z Sąsiadami, wleźć na Sępią,



ogarnąć obejście, posiedzieć z M. i K. na kocu obserwując trójkę dzieci zwisających radośnie z naszych rachitycznych, owocowych drzewek i zmierzyć studnię w głąb, w obecności fachowca (jego ręcyma) oraz dowiedzieć się,  że dekarz, którego używaliśmy, jest partaczem, gdyż dachówek nie klei się tym, czym on skleił.

Zanim jeszcze nastał rzeczony koniec tygodnia skosiliśmy przydomowe chaszcze (do połowy) i postanowiliśmy zrealizować plan (nie)budowy od końca do końca.

Ponieważ nie bardzo wiemy, kiedy zstąpi na nas pozwolenie na wyżej wymienioną zmieniliśmy założenia pięciolatki na zrealizowanie planu od tyłu.

Zamówiliśmy drewno na bramę (tartak w Proszowej zaprezentował trudną umiejętność określenia ceny przed robotą) i udaliśmy się do fachowców od czyszczenia studni, którzy poza tym umieją robić wszystko (na przykład kłaść dachy).


Wetknąwszy klapsę w ziemię i dobrawszy jej szafirkowe towarzystwo czekamy na rozwój sytuacji i wzdychamy do minionej, złotej jesieni.



sobota, 23 czerwca 2012

Wizualizacja.

Gapienie się w nieistniejącą już czeluść szamba jest niezaprzeczalnie fantastycznym uczuciem.
Było... i nie ma. (Przystajemy koło ex-dziury często i z satysfakcją wzdychamy.)
Mała rzecz, a cieszy!


Z nieprzemijającej okazji oczekiwania na pozwolenie na rozbudowę (w najlepszym razie zstąpi na nas w sierpniu, nie przyzwyczajamy się jednak nadmiernie do tej myśli) nadal zajmujemy się zabawą w działkowców i ogrodników. Idzie nam wybornie.

Wszystko będzie kiedyś wyglądało mniej więcej tak:


Zrealizowaliśmy

-konwalie na grobowcu szamba,

-wbicie dwóch grubych pali i ustawienie kolejnej sterty kamieni jako podwaliny pod ogrodzenie złożone z tego, co pod ręką (kamienie, resztki domu, chaszcze) - może zrobilibyśmy więcej, ale oczywiście nie mieliśmy gwoździ, a na dodatek nie chciało nam się wywlekać taczki z piwnicy, ładować jej do bagażnika i wdychać dziwnej woni, jaką taczka wydziela, w czasie podróży na włości,

-sianie naparstnic i ostróżek (trzymajcie kciuki, rozmnażanie roślin z nasion wychodzi nam fa-tal-nie),

-sadzenie róż (czerwone kulki zimą),

-wpuszczenie w grunt sadzonek winobluszczu (-szcza?) (wiemy, wiemy że przywleczony zza Wielkiej Wody, ale TA czerwień jesienią...no nie mogliśmy sobie odmówić).

Poza tym dokładnie czytamy moheryjne posty.

Oglądamy Maję w ogrodzie (bo pokazują rośliny i mówią, co to za jedne).

Gapimy się na ekipę remontującą (z projektem!!!) poddasze, które widzimy z naszego betonowego okna w Mirsku i zastanawiamy się, czy wyciągać od nich namiary. Szukanie fachowców nas przeraża.
(Sąsiedzi z Grudzy - liczymy na Wasze doświadczenie!)

W kontekście fachowców z nadzieją rozpamiętujemy postać W., spotkanego podczas Dnia Otwartych Domów Przysłupowych w najlepiej rokującym pośród tychże - Śledzibie.

Intensywnie myślimy o przeistoczeniu STRASZNEJ STERTY w coś bardziej praktycznego.
Foto by Stanisław


Myślenie idzie nam doskonale.
Realizacja w powijakach...zdążyła już zarosnąć.





środa, 10 marca 2010

"Życia panu nie starczy!"

Znamy już odpowiedź na pytanie "dlaczego ludzie nie kupują masowo dwustuletnich poniemieckich chałup w małych wsiach na Dolnym Śląsku i nie zamieniają ich na sielskie gospodarstwa agroturystyczne?". Po pierwsze - kupują i zamieniają. Po drugie - koszty takiej zabawy przewyższają znacznie zdrowy rozsądek. No cóż, pozostaje nam go porzucić - rozsądek ma się rozumieć, nie dom. Można by powiedzieć, że przedsięwzięcie kosztuje trzy razy tyle, ile mamy. Uznaliśmy jednak,że będziemy trzymać się wersji nieco odmiennej - mamy już jedną trzecią (a to przecież prawie połowa) kwoty niezbędnej do zrealizowania inwestycji.

***

Naprzeciwko naszego obejścia był piękny szachulcowy dom. Kupił go ktoś z Wrocławia mniej więcej w tym samym czasie, co my naszą chatę.
Nasze prace są na takim etapie:



Ich na znacznie bardziej spektakularnym:



Wątpliwości człowieka od kontenerów wobec naszego przedsięwzięcia ujęte nad wyraz subtelnie:
-Życia panu nie starczy!
Męska część naszej podstawowej komórki społecznej skwitowała zgrabnym:
-Dlatego zacząłem już teraz!

***

Ktoś pomógł nam z uprzątaniem domu.
Niewidzialna ręka pozbawiła nas żarówki, włącznika do hydroforu oraz starych kożuchów (w ostatniej sprawie - gromkie hip hip hurrra!). Dziękujemy, również za to, że nasz nowiutki grzejnik czekał na nas spokojnie niewzruszony szabrowniczym zajściem.

***

Wyjazd zaowocował jeszcze kilkoma odkryciami...
Tona śmieci to zaledwie połowa zasobów domu.
Architekt czyta nam w myślach.
Chyba jesteśmy niepoważni. (I najwyraźniej dobrze nam z tym.)

sobota, 27 lutego 2010

Operacja gnijący ziemniak.

Nie jest źle, odralniać nie trzeba. To znaczy, starostwo uważa, że trzeba, ale gmina wprost przeciwnie.

W nocy z piątku na sobotę ruszamy na południe. Jesteśmy umówieni z architektem. Z geodetą-kartografem. I z kontenerem, który zapełnimy futrami, meblami, butami i przetworami i stertą gnijących ziemniaków.



Tu będzie kotłownia, albo hydrofornia, albo spiżarnia...nam też trudno w to uwierzyć;)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Wysyłamy kolejne mejle. Mamy dwie odpowiedzi. Kosztorys się pod nimi ugina, ale chyba jakoś to zniesie. Napisali ludzie od kominków i Człowiek od projektu zabudowy poddasza. Z tym drugim jest poważny problem - wygląda na świetnego fachowca, jest konkretny i można się z nim dogadać. Ma wizję i misję chyba też. Nie da się ukryć, zostaliśmy jego fanclubem. Tylko on jeszcze o tym nie wie... i nasz kosztorys też nie. Nie myśleliśmy o projekcie. Napisaliśmy do kilku architektów ot tak, żeby się zorientować, czy może nie warto kogoś takiego zatrudnić. Powoli zaczyna wychodzić jednak na jaw, że adaptacja strychu to prawie budowa, więc bez projektu byłoby krucho. Formalnie krucho. Do przeprowadzenia prac na poddaszu potrzeba na dzień dobry kilku dokumencików:
-wypisu i wyrysu z miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego,
-technicznych warunków przyłączenia do sieci,
-mapy do celów projektowych,
-odrolnienia części gruntu, na której stoi budynek,
a na kolejne dzień dobry paru skromnych opracowanek:
-inwentaryzacji architektoniczno-budowlanej całego budynku,
-ekspertyza konstrukcyjnej o stanie budynku i jego elementów,
-koncepcji architektonicznej,
-projektu budowlanego.


Robi się to mało zabawne, zważywszy na fakt, że Kłopotnica podlega pod starostwo powiatowe w Lwówku Śląskim, energetykę w Lubaniu i urząd gminy w Mirsku.



Czerwony punkcik oznacza Kłopotnicę:)

sobota, 20 lutego 2010

Wzięliśmy się w garść.

Zaczęliśmy szukać fachowców. I kupiliśmy kolejnego "Muratora".
W kwestii fachowców wystosowaliśmy dwa mejle. Do Błażeja, którego koledzy chcą dokonać prac rozbiórkowych i do firmy "Remont" z Jeleniej, która pragnie podejmować wyzwania nietuzinkowe. Tym drugim zaproponowaliśmy wzięcie odpowiedzialności za
-położenie instalacji c.o. wraz z montażem pieca na ekogroszek,
-instalację ogrzewania kominkowego w części domu,
-wykonanie instalacji wodno-kanalizacyjnej (włączając w to likwidację
starego szamba i instalację nowego oraz doprowadzenie do ładu istniejącej
już studni),
-założenie instalacji elektrycznej,
-zrobienie od podstaw podłóg na gruncie,
-wykonanie drenażu wokół domu.

Teraz...czekamy.

Wczorajsza przemiła rozmowa (podczas wizyty dawno nie widzianych Marty i Piotrka) uzmysłowiła nam, że warto zastanowić się nad psim rezydentem obejścia. Uzyskaliśmy też wsazówki dotyczące problemu eksmisji licznych dewocjonaliów znalezionych na terenie domu. Okazało się, że trzeba je zanieść do księdza. No cóż - najciemniej jest pod latarnią...

środa, 18 listopada 2009

Wszystko da się zrobić

Pogoda jest dla nas łaskawa. Środek listopada wygląda w Kłopotnicy niczym ciepły wrzesień. Łaskawy – zgodnie z przewidywaniami - okazał się też fachowiec od dachu. Trudno uwierzyć, że ze stodoły podziwiać można było jeszcze miesiąc temu gwiazdy. A jeśli tak wygląda zabezpieczenie dachu przed zimą, to równie trudno sobie wyobrazić jak piękny będzie po generalnym remoncie.
W zasadzie dobra pogoda i naprawiony dach to wszystkie punkty na naszą korzyść w tej rundzie. No, może jeszcze zaskakująco punktualni panowie z posterunku energetycznego… Poza tym w starciu my-remont prowadzi remont.
Ziemniaki nadal gniją w komórce, myszy z zadowoleniem pałaszują smalec tkwiący w wielkiej wazie pozostawionej przez poprzednich mieszkańców na korytarzu, muszy trup gęsto ścieli się na parapetach. Schody nadal chylą się ku upadkowi, dwie lodówki (w tym jedna klasyczna, bo radziecka) niewzruszone sterczą na piętrze z powodu braku planu ich ewakuacji.
Okazało się też, że w najbliższym czasie nie mamy z czego sfinansować remontu dachu, instalacji elektrycznej, kanalizacji, przydomowej oczyszczalni, nowego hydroforu i oczyszczenia studni. Nie mamy na wynagrodzenie dla kominiarza, o ogrzewaniu kominkowym nie wspominając. Marzenie o glinianych tynkach zastępujemy wizją ogałacania ścian ze starych. Nawet wątpliwa moralnie idea ocieplenia wełną mineralną (bo robi się ją z bazaltu, na domiar złego z bazaltu śmigającego nam codziennie za oknami) odeszła w niepamięć.
Mieszkania sprzedać nie możemy przez najbliższe pół roku, bo umowa najmu została już zawarta. Z resztą na myśl o formalnościach, wizytach u notariusza i nieszczęsnym podatku (o ironio losu) od wzbogacenia się robi nam się słabo…
Reasumując – mamy ogromne wydatki, jeszcze większe długi a w kontrze… Miśkowe „wakacje w pocie czoła”, własny zapał oraz cudowną wiadomość od Błażeja, że jest kilka dobrych dusz i sprawnych rąk do pomocy.

P.s. Ostatecznie udało się ewakuować smalec. Przez okno wyfrunęło sporo mebli (jeden pokój został opróżniony, a na dodatek prowizorycznie pomalowany, dzięki czemu stracił na obrzydliwości). Zawarte przypadkiem znajomości – z właścicielami gospodarstwa w którym nocowaliśmy, podnoszącymi je od trzech lat z gruzów i z pracujących u nich stolarzem dobrze wróżą na przyszłość.
Niestety odpowiedź na pytanie – czy da się przemieszkiwać w naszym domu z niemowlakiem nadal brzmi – nie.
Ale przecież wszystko da się zrobić!

piątek, 30 października 2009

Drugi dom

Weekend był truuudny.
Zapakowaliśmy naszego krążownika szos po brzegi – odkurzaczem, wanienką dla Okrucha, babcią Okrucha do opieki nad Okruchem, ubrankami Okrucha, zabawkami Okrucha i jedzeniem tegoż i w piątek o czwartej nad ranem wyruszyliśmy (po raz czwarty w ciągu ostatnich dwóch miesięcy) do Jeleniej.
Stasiek grasował po agroturystycznym pokoju w Przecznicy pod czujnym okiem mamy, a my usiłowaliśmy (po podpisaniu umowy) dogadać się z mirskim urzędem gminy w sprawie podatku od nieruchomości. Okazało się to wielce skomplikowany procederem. Ostatecznie zabraliśmy papiery z milionem rubryk i postanowiliśmy w domowym zaciszu obliczyć metraż uwzględniając i bytność klepiska w stodole, i niewątpliwie istniejącą podmurówkę tejże (za stodołę z klepiskiem podatku się nie odprowadza, jednak za stodołę z podmurówką owszem). Nie takie proste i nie wesołe okazało się też obliczenie powierzchni mieszkalnej do opodatkowania. Trzeba tu dokonać poważnych obliczeń i pomiarów na okoliczność wysokości pomieszczeń (jeśli ich wysokość nie przekracza 2 metrów 20 centymetrów podatek płaci się za 50% powierzchni). Najbardziej barejowski wątek tej opowieści dotyczy jednak faktu, że poprzedni właściciele zawarli umowę przeniesienia praw z Urzędem Gminy Mirsk, w której te wszystkie kwestie były dokładnie opisane. Nie zmienia to faktu, że gmina w swoje własne pomiary nie wierzy i każe nam dokonać nowych obliczeń.
Kolejne dwa dni przyniosły niespodziewane, choć tak bardzo przewidywalne, odkrycia. Ściany na parterze odsłaniają swe kamienne wnętrza po delikatnym muśnięciu ich kijem od miotły. Sypie się z nich skruszała zaprawa, ukryta pod łamliwą warstwą gliny, wystaje trzcina służąca niegdyś do ocieplania murów.
Jednak to nic. Nawet grzyb (już zaatakowany odpowiednim specyfikiem), który rozgościł się w sieni i pokoju pod wpływem zainstalowania tam zbyt szczelnych okien nie robi takiego wrażenia jak podłoga…pełna szczelin uwidaczniających położony zaraz pod nią grunt.
No cóż, nie da się ukryć…przygoda
Zmorą mieli okazać się fachowcy. Spotkanie z pierwszym okazało się miłym i obfitującym w konkrety. Zabezpieczenie dachu będzie zrobione przed pierwszym śniegiem (inna sprawa, że ten już spadł tydzień temu). Wiosną dom zyska zupełnie nowy, choć ułożony ze starej karpiówki, dach.
Na domiar dobrego odkryliśmy sieć rzemieślników zajmujących się starymi domami na pograniczu Śląska i Górnych Łużyc. Mają oni coś wspólnego ze stowarzyszeniem Unia Izerska i wszystko wskazuje na to, że nie są rasowymi „fachowcami”.