Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bliskie spotkania trzeciego stopnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bliskie spotkania trzeciego stopnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 maja 2012

Pozamiatane.

A właściwie skoszone. Ściślej rzecz ujmując - wybiórczo skoszone.



 Od razu lepiej, co nie?

Obejście pozostałoby zapewne nietknięte, gdyby nie wizytacja.

Nie da się ukryć - nadeszło remontowe przesilenie.

niedziela, 6 maja 2012

Wczoraj

poznaliśmy Sąsiada.

Nie napiszemy nic więcej, gdyż lewą ręką podtrzymujemy sadzone właśnie na włościach drzewka (na czele z orzechem przywleczonym do Kłopotnicy przez Śledzibowców), a prawą urządzamy "kameralny" (czytaj: bardzo mały) prywatny dom kultury w zupełnie innym miejscu.

Wyszło jak zwykle, czyli inaczej niż się spodziewaliśmy, ale nie ma tego złego.

P.s.Chętnych na sadzonki malin odmiany Neusorge, bzu i lipy oraz płotów serdecznie zapraszamy na legalny szaber...choć różnie może się on skończyć.

czwartek, 29 marca 2012

Z poważaniem - według rozdzielnika.

Dzisiaj, przed ósmą, przyszedł pan i przeprosiwszy, że przyszedł(tak wcześnie), wręczył i kazał się podpisać.



Trzy papiery w jednej kopercie! O melioracji,o zarządach dróg i o zagrożeniu osuwaniem się mas ziemnych.

Wczoraj natomiast odbyliśmy wycieczkę krajoznawczą, celem której było podziwianie budynku Urzędu Skarbowego.(Ta szachowniczka, to liternictwo!)



Ukradkiem, w międzyczasie, rzuciliśmy okiem także na dom Sąsiada.

sobota, 10 marca 2012

Nowy wniosek i ważniejsze rzeczy.

Wczoraj dzwoniła Pani P. - D., architekt, zmaterializował się w Mirsku z nowym wnioskiem o warunki zabudowy. Pani P. zadeklarowała, że w nadchodzącym tygodniu wyśle dokumenta do teoretycznie zainteresowanych organów.

Przez Kłopotnicę przewalają się tłumy. To sąsiad z Grudzy, to znów Inkwizycja z całkiem sporą świtą.

W międzyczasie, poza ciułaniem na remont, porwaliśmy się na uporządkowanie sterty.






W ciągu kilku tygodni powinna zyskać nową formę.

czwartek, 10 listopada 2011

Próba generalna.

Wspominaliśmy już chyba o idei kolektywu. O słusznej idei kolektywu.
Wczoraj po robocie udaliśmy się do Śledziby na kawę, a tam Neustechow!






Kolektyw się opłaca.

poniedziałek, 17 października 2011

Gdzie jest nasza taczka?

Straciliśmy rachubę, jeżeli chodzi o ilość tajemniczych zniknięć rozmaitych przedmiotów w naszym obejściu...

Wiemy już na pewno - żadnego zaczynania prac przed uzyskaniem wydolności finansowej, mogącej doprowadzić do sprawnego remontowania i zamieszkania bez odwlekania. Czasem myślimy nad przyczepą, w której czailibyśmy się na rzezimieszków...

P.s.Poza udaniem się taczki w nieznane wczoraj było zupełnie fantastyczne:)

Jedyna fotografia, jaką popełniliśmy, to nasz Potomek pożerający rząśnickie maliny.
Dość wampiryczna. Może następnym razem uchwycimy coś sielskiego, nadającego się do publikacji.

sobota, 15 października 2011

Wygasłe wulkany i ciepło kaflowych pieców.

Pół roku gdzieś się nam zdążyło zawieruszyć, nim ponowiliśmy poszukiwania rząśnickiego (a właściwie, by być w zgodzie z mieszkańcami tegoż, kolonijnego) obejścia.

Możemy odnotować: 14.10.2011 - Rząśnik-Orzechowice.

Veni, vidi, Apfelwein.

Wizyty tego rodzaju są niezmiernie mobilizujące. Bez choćby jednego, zauważalnego gołym okiem, postępu długo nasze sumienia nie pociągną. Póki co pocieszamy się cudzym szczęściem.

Zdjęć nie ma - tak bardzo staraliśmy się nie zgubić ponownie w okolicach Wlenia, że zapomnieliśmy o spuście i migawce.

niedziela, 12 czerwca 2011

Czas na czeski!

Ależ mieliśmy popołudnie!
Przyjechali do nas, czyli do Kłopotnicy, A. i U., którzy remontują pewnego staruszka.
Poza tym, że połowa z nas odkryła, że jednak umie rozmawiać po niemiecku, a druga, że rozumie po angielsku i poczuliśmy, że czas na czeski, bo nie wiadomo, co nas jeszcze może spotkać...wymieniliśmy z A. i U. najrozmaitsze refleksje na temat projektów i ich realizacji.


Człowiek widzi dom i ten dom mówi mu "jesteś mój", oczywiście robi to podprogowo, tak, by jego przyszły opiekun sądził, że podjął niezawisłą decyzję.
No i z dnia na dzień człowiek ma działkę, dom i okoliczności przyrody (tudzież architektury) oraz twarde przekonanie "nie oddam żadnej drzazgi z tego domu na pożarcie biurokracji!".
A następnego dnia zjawia się panna Rzeczywistość.
Trzeciego dnia przychodzi architekt.
Czwartego biurokracja.
Piątego zaczyna się remont.
...
I ani się obejrzysz, a w niedzielę siedzieć będziesz w wiklinowym fotelu z widokiem na WIDOK, mniej lub bardziej zadowolony z kompromisu, który powstał na styku wyobrażenia o tym, jak może wyglądać twój dom, rzeczywistości, wizji architekta, biurokracji i wszystkiego tego, co ma miejsce w trakcie "właściwych" prac remontowych.

[Czyli co? Za trzy dni kończymy:)]


Dodamy, że A. i U. również korzystają z porad architekta i to nie jakiegoś-tam, tylko zupełnie konkretnego, który w obu naszych przypadkach musi połączyć swoje zamiłowanie do nowoczesności z (także swoim, podzielanym przez nas) przekonaniem o konieczności wpisywania się stawianego* obiektu w krajobraz kulturowy.

Sądziliśmy, że po tym spotkaniu nasz pogląd na współpracę z biurem D., stanie się wyważony i klarowny. Ziściło się - cieszymy się(nieustająco) z pani G., zajmującej się naszym domem i umieszczającej na projekcie wszystkie te drobne rzeczy, o które prosimy, domyślając się, że nie mają one jakiegoś doniosłego wpływu na konstrukcję. Rozumiemy pewne trudności na linii...no właśnie, "na linii". I jeszcze bardziej podoba nam się nasza własna decyzja wedle której nowy numer 8 ma nawiązywać do tego który powolutku, cegła po cegle, będzie malał...aż zostaną cztery ściany, na bazie których powstanie nowy-stary budynek.

Ostatecznie chyba każdy z mieszkańców dodawał do naszego domu coś od siebie.
Jakby nie patrzeć - wpiszemy się więc w tradycję;)



*Spójrzmy prawdzie w oczy.


P.s. Powoli wschodzą ceglaste lilie.



Za rok, może dwa, cieszyć się będziemy piwoniami, kosaćcami i malwami.
Przekonujemy się też do ogrodzenia z kamienia. Taniej oraz, nazywając rzecz po imieniu, nie zgnije. Praktyczne rozwiązania to jest to, co lubimy najbardziej.


Zastanawialiśmy się już nie raz nad kamiennym ogrodzeniem, ale wydawało nam się zbyt dominujące przy - w końcu nie tak wielkim - domu. Przy okazji niezbyt szczęśliwego zbiegu okoliczności który zawiódł nas do Katowic (a może to było w Poznaniu?), zabłąkaliśmy się do Ikei, i szczęśliwie trafiliśmy na jakiś reklamowy druk, w którym objawiło nam się TO.



Lekkie i potężne. Ach!

niedziela, 3 kwietnia 2011

Chorzy na remont.

Mamy nowego stróża:



Poza tym, w kategorii "konkrety tygodnia", należy wymienić:

- znalezienie odpowiednich (sympatycznych, komunikatywnych) geodetów, którzy usługę w zakresie oznaczenia granicy działki uzupełniają szeregiem niezwykle interesujących opowieści,

-zatrudnienie rzetelnej i sympatycznej pani O., dzięki której będziemy mieli czas na tak zwaną budowę,

-wykonanie telefonu do pana K., który przybędzie w poniedziałek, by oswobodzić nasze obejście z góóóóóry śmieci,

-finalizujące się rozstanie z trudnymi księgowymi przy jednoczesnym wejściu w konszachty z cudowną pani B., która ogarniając nasze nieudolne próby okiełznania papierów z całą pewnością sprawi, że czasu na tak zwaną budowę nam przybędzie.


W kategorii "prawie jak konkret" umieszczamy brak pani P. na stanowisku. Będzie w poniedziałek. Jakby to ująć...już to kiedyś słyszeliśmy.


W kategorii bliskie spotkania trzeciego stopnia notujemy:

-uścisk dłoni fenomenalnej, dynamicznej prezes Partnerstwa Izerskiego (nie da się ukryć, właściwy człowiek na właściwym miejscu),

-ściągnięcie ku numerowi 8 kilku osób chorych na remont, które generując przemiłą atmosferę towarzyszyły nam w paleniu gałęzi, szumnie nazwanym "ogniskiem":

piątek, 25 marca 2011

Dowody zbrodni.


Nawojów Łużycki, 25.03.2011.

P.s.Jakoś nie trafiliśmy pod strzechę (sic!) ratusza w celu zrobienia sympatycznej awantury. Los warunków zabudowy pozostaje więc nieznany. W gruncie rzeczy za tydzień będzie można pogadać z samą Panią P.... a i morale jakieś takie niewydolne:
-Nie chce mi się dzisiaj...
-To chodź, będziemy palić gałęzie, to tak jakbyśmy nic nie robili, a jednak coś będziemy robić.
(Scena odbyła się wczoraj, w samochodzie zaparkowanym na...naszym własnym, kłopotnickim podjeździe.Po dwóch minutach milczącej debaty zrobiliśmy numerowi 8 "papa".)

Skoro jednak dzisiaj przybywa A., zwana także babcią Okrucha, plany na najbliższe dwa dni nie mogą być niewybujałe, nad-ambitne i przesadnie rozbuchane.
Wydaje nam się, że zakończymy wieloetapową operację "sprzątamy wnętrza"!

czwartek, 17 marca 2011

Sztuka szczęścia (Lwówek Śląski) i jeszcze jedna SZTUKA.

Wycieczki do urzędów cenimy sobie niepomiernie. Odbywamy je regularnie, bo a to to, a to tamto.
Czasem urząd właściwy jest w Mirsku, czasem w Jeleniej, czasem we Lwówku.
Wczoraj udaliśmy się do tego ostatniego, spotkaliśmy tam (tak jakby przypadkiem) jednego Śledzibowca, i jeden samochód (nie nasz) zapakowany naszym dobytkiem, a po drodze ujrzeliśmy ten oto sztandarowy przykład sztuki szczęścia:



Następnie pojechaliśmy obejrzeć inną SZTUKĘ, pojedynczą, w dodatku od wewnątrz.
Za to JAKĄ! Jesteśmy oszołomieni. Z dnia na dzień numer osiem okazał się (wobec salonów Śledziby) małą, wiejską chatynką*.


*Oczywiście nadal mamy zamiar pozostawać pod jego zgubnym wpływem, oddać mu ostatnie pieniądze i czcić jego dwustu-letniość.

poniedziałek, 14 marca 2011

Inspekcja.

Uczestnik zwizytował nasze włości.



Widoczne na zdjęciu narzędzia, wobec słabego morale kłopotnickiej ekipy porządkowej, po wizytacji wróciły na pakę i pojechały do Mirska.
No cóż, falstarty się zdarzają:)

sobota, 12 marca 2011

Samokrytyka (uwaga, narzekamy!)

No tak, wczoraj skoczyliśmy krętą dróżką ku pewnemu domowi...poprzednio byliśmy tam prawie rok temu. Nie dało się nie zauważyć zmian.
Sądziliśmy, że postęp tego przedsięwzięcia każe nam spuścić łby i nieco się podłamać.
Jednak zamiast wywołania czarnej rozpaczy widok odratowanego domu wzmocnił w nas przeświadczenie, że się da.

Wracaliśmy z tej wycieczki podbudowani...aż tu nagle (co było do przewidzenia, bo patrolowanie obejścia przy każdej nadarzającej się okazji uznajemy za nieodzowne) naszym oczom ukazał się numer 8. I zawołał o pomstę do nieba. Sam dom, z zewnątrz, nie wygląda może tragicznie. Ale wnętrza i obejście...z pewnością nie świadczą dobrze o właścicielach. Hej, to przecież my nimi jesteśmy! Opiekujemy się Oldbojem od ponad roku, a on i jego otoczenie wyglądają, jakby nikt nic tam nie robił od dziesięciu lat. (No dobra, może wcześniej wyglądał, jakby nikt nic tam nie robił od lat dwudziestu, niemniej jednak kac moralny jest.)

Szukamy usprawiedliwień.

Może to dlatego, że prace z Okruchem u boku dzielić trzeba przez dwa?

Może to dlatego, że w sensownej odległości od domu mieszkamy od października i ten sezon jest w zasadzie pierwszym, w którym możemy działać regularnie?

Może to dlatego, że zaczęliśmy od likwidacji grzyba, poprawienia wentylacji w domu i renowacji rowu, co według nas miało dominujący wpływ na powstrzymanie dalszej degradacji Staruszka?

Może to dlatego, że kiedy inaugurowaliśmy sezon w zeszłym roku (czytaj: przywlekliśmy się na nasze włości z Poznania) wszystko porastała już piękna, wybujała roślinność i dopiero teraz widać, co się pod nią czaiło (no śmieci, sterty śmieci się czaiły, butelki, puszki, metalowe, pordzewiałe gabaryty, skrawki folii, guma w postaci płacht, opon, uszczelek, oraz morze potrzaskanego eternitu poupychanego wszędzie, gdzie się da, w małych sterciątkach tkwiącego na łące, czającego się za szopą na drewno, po prostu i najzwyczajniej, jak gdyby nigdy nic, panoszącego się po obejściu...)?

Jako podsumowanie wywodu - wisienka na torcie, wspomniany już tapczan pospolity jako uszczelnienie powały:


Jest nam wstyd. Cóż począć, dzisiaj będziemy walczyć dalej.

wtorek, 1 marca 2011

Rzeczy nieważne i ważniejsze.

Nieważne:
wizji nie było. Policjanci utknęli w Kopańcu.
Będzie w środę, bo dzisiaj ta część z nas, która włada samochodem, musi utknąć we Wrocławiu.


Ważne:
Korzystając z ciepłego (było na plusie), słonecznego dnia, poprzerzucaliśmy z kąta w kąt gałęzie, a kontynuując operację "rów" uznaliśmy (po raz nie wiadomo który), że przeprowadzenie się jak najbliżej numeru 8 było strzałem w dziesiątkę. Doceniliśmy też te (jak szacujemy) siedem miesięcy, które mają doprowadzić nas do otrzymania pozwolenia na budowę - akurat zdążymy posprzątać obejście ;) Czyli zrobić jeszcze dwa razy tyle, ile przez ostatni rok z doskoku. I tak nam zeszło do wieczora, który następuje nadal zbyt szybko.



Jedną nogą tkwimy jeszcze w niedzielnym splocie zdarzeń.
Oto jak wygląda nasze życie towarzyskie (poza pogaduszkami w sklepie, urzędzie lub na poczcie):
nasze lusterko, Ich światło stopu i pewien fantastyczny dom w Przecznicy.
(Uznaliśmy, że nie możemy tego nie odnotować.)

niedziela, 19 grudnia 2010

Udało się!

Wypatrywaliśmy, wypatrywaliśmy....i dziś, skręciwszy w lewo przy genialnej, secesyjnej hacjendzie, zobaczyliśmy STODOŁĘ!
(To ta, naprzeciwko której pasą się trzy bardzo pewne siebie sarny.)
Poznaliśmy ją po upadłych gąsiorach. (Tylko nie mów Aneta, że naprawiłaś dach i że musimy szukać dalej.)

Upór poszukiwaczy, czyli nasz osobisty, został nagrodzony urokliwą panoramą stolicy naszej gminy, którą mamy szczęście zamieszkiwać:



Potajemne odwiedzanie remonciarskich przybytków to wyborna zabawa:)