Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Izerskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Izerskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2011

Cud na Sępiej!

Udało się nam (przy współpracy, by nie rzec - wykorzystaniu czworga dzielnych namawiaczy i tragarzy) zawlec syna na Sępią!



Po raz kolejny dał się także zaciągnąć do Proszowej.



A później ciocie K., A. i I. oraz wujkowie M. i G. zniknęli.
Ostał nam się po nich jeno szalik i kilka dodatkowych kilogramów (rogale marcińskie prosto z dalekiej północy).

sobota, 20 listopada 2010

Straszne rzeczy.

Prawda jaka jest, każdy widzi. Nie jesteśmy cierpliwi, chwytamy byka za rogi, zanim się zorientujemy, że to byk, nie cierpimy zwłoki, kujemy żelazo, póki gorące.
Stosując się więc do swych zwykłych zasad postanowiliśmy wyruszyć na poszukiwanie miejscowości na "S." w której stoi niejaka Śledziba. I co?
I nic! A poza tym bardzo wiele.
Kierunek obraliśmy dobry, miejscowości na "S." były trzy, ze śpiącym na pace dziecięciem dobrnęliśmy więc do Skały i zobaczyliśmy...nie, oczywiście, że nie nadzwyczajny przysłupowy dom, tylko to:









Uznaliśmy falstart za udany. Przeczesaliśmy zamek.I opuściliśmy to niesamowite miejsce z dosadnym "łe" na ustach skierowanym w stronę niezidentyfikowanej istoty odpowiedzialnej za jego stan.

Po zaliczeniu przejażdżki wózkiem po supermarkecie, zerkając na szczyty Izerbejdżanu taplające się w chmurach


udaliśmy się na przechadzkę po naszych włościach.
Okazało się, że dziura w dachu niesie opłakane (czyli mokre) skutki.

Rozejrzawszy się po obejściu spostrzegliśmy budę (jedną z trzech) szczęśliwie pokrytą papą. Jutro jedziemy do Rębiszowa na wybory (okręgi w dziewięciotysięcznej gminie, gdzie każdego zna się z twarzy - GRATULUJEMY pani Ordynacji), a zaraz potem, w galowych strojach, będziemy bawić się w dekarzy.

Podsumowując: nie ma tego złego!
(Cały rok zastanawialiśmy się, czemu te budy obmierzłe ciągle błąkają się nam po trawniku. Wszystko ma jakiś sens.)

niedziela, 14 listopada 2010

Jazdy.

Dzień upłynął nam kolejowo.

Ot, pożegnania i powroty.

Było i straszno



i śmieszno.





Poza tym cały czas (z okazji wichur) myślimy o naszym dachu (odwiedzimy go pewnie jutro).
Myślimy też o wyborach samorządowych (zaopatrzyliśmy się w "Wieści Mirska" i "Izery" - też jest straszno i śmieszno).

czwartek, 11 listopada 2010

Bez gadania

dzisiaj będzie.No bo o czym tu mówić - o tych kilku gałęziach, co to je do sterty dorzuciliśmy?














A na zakończenie obraz pt. Co widzi człowiek jadący po ocet i uszczelkę?




Koniec. Bez gadania.





(No, prawie....)

wtorek, 8 czerwca 2010

Brzydkie słowa

A więc Betonowa Dżungla.
Za daleko żeby nadzorować. Za daleko, żeby zakasać rękawy. Za daleko, żeby przejść się do architekta D. i zapytać, czy konstruktor Y. podjął decyzję w sprawie naszego szachulca umiłowanego, wymieszanego z pruskim murem, również obdarzanym przez nas sympatycznym sentymentem.

Cóż nam pozostaje?
Po pierwsze: Wielkie projekty.
Po drugie: prasówka budowlana.
Po trzecie: niekończąca się i bezgranicznie nieefektywna kwerenda w wirtualu.

Szukając odpowiedzi na pytanie:"zlecić czy robić?", rozpaczliwie usiłujemy odnaleźć w Sieci namiary na fachowych fachowców. Wygląda na to, że opcja "robić" okaże się jedyną realną. I w ten sposób wszystko ułoży się samo, samo wyklaruje, nabierze impetu i zostanie zrealizowane. Wszystko, czyli działania pierwszej potrzeby: zlepienie kamieni i cegieł tak, by znów można było nazywać je murem oraz osuszanie plus drenaż.

Póki co osiągnęliśmy etap ostatecznego pozbycia się grzyba z obejścia. No, prawie. Leży nadal na stercie, imponującej stercie, do której wywiezienia jeszcze nie opłaca się zamawiać kontenera.

Brzydkie słowa, takie jak "opłacać się", "pieniądze" i - oczywiście - "fachowcy" coraz częściej zaznaczają swą milczącą obecność w naszych remonciarskich rozmowach. Dla oddania klimatu tych wymian zdań zacytujmy ostatnią, poranną:
-Wiesz co...
-No?
-Trzeba by...
-No wiem...

Przynajmniej Okruch na końcu betonowego chodnika odnajduje swój metalowy raj z domieszką kolorowego drewna. Odrobinę inny od tego, który dopiero co opuściliśmy.

niedziela, 28 marca 2010

Intuicja.

Piątek był piękny, słoneczny, Okruch dzielnie zniósł podróż. Nie spodobało mu się co prawda w lwóweckim starostwie powiatowym, gdzie odbieraliśmy naszą upragnioną mapę do celów projektowych...



...za to wizytą u architekta D. w Jeleniej był wybitnie zachwycony...w zasadzie rzec by można - zachwycony nadmiernie. Przez dwie godzinki na zmiany biegaliśmy za tym naszym Messerschmittem i czytaliśmy umowę, w międzyczasie podpisując rozmaite papierki.

Kolejny etap jednodniowej podróży miał być rekreacyjny. Po obrzydliwym, rozgotowanym makaronie w sosie o smaku gotowanej ścierki i równie paskudnym czymś (o konsystencji kamienia), co kelner nazwał gyrosem, ruszyliśmy do Górzyńca szukać krokusów. Wiemy już, że nie wychodzi się w góry wczesną wiosną po godzinie szesnastej, z wózkiem wyładowanym człowiekiem poniżej drugiego roku życia, który uparcie zdejmuje czapkę i chce być nieustannie trzymany za rękę, w efekcie czego zaprzęg pcha jeden człowiek, a drugi dba o kontakt fizyczny schylając się nad wózkiem, żeby Potomek się nie zbulwersował, bo do samochodu przed zmrokiem warto by było zdążyć...

Uwaga o charakterze turystycznym: rezerwat Krokusy w Górzyńcu nie jest w żadnym Górzyńcu, w ogóle nie wiadomo, czy istnieje, po półtoragodzinnym pchaniu wózka z dzieckiem cały czas lekko pod górkę skapitulowaliśmy. Tak oto odbył się nasz rodzicielski chrzest bojowy w górach. Co prawda Staś był już w Rudawach, ale mierzyło się go wówczas w milimetrach i - co tu dużo mówić - nie wyrażał jeszcze własnego zdania.

Do Kłopotnicy już nie dotarliśmy. I tak nic byśmy nie zobaczyli - oczy zamykały nam się same. Pozostaje nam wierzyć, że przyszłotygodniowa inwentaryzacja architektoniczno-budowlana nie przyniesie wniosków w rodzaju "obiektu nie zastano".

Pytanie podstawowe brzmi "po cóż pchaliśmy się tak daleko na jeden dzień, z małym dzieckiem i tak obfitymi planami?" Okazało się, że kierowała nami rodzicielska intuicja. Od wczoraj pasiemy Okrucha lekami przeciwgorączkowymi...

piątek, 19 marca 2010

Jeszcze będzie przepięknie!

Co prawda architekt nadal milczy, ale my , otwarci na walące do nas drzwiami i oknami dary losu, już wyobrażamy sobie jak Kevin McCloud (dla niewtajemniczonych - ten z Grand Designs), odpowiedzialny częściowo za nasze czyny (czytaj: nabycie domu)opowiada o naszym wysokim na ponad trzy metry lokum z antresolami (prawo budowlane nie chce się zgodzić na pomieszczenia mieszkalne o wysokości 1,5 m, a ponieważ jesteśmy entuzjastami formalności i uległości wobec machiny urzędniczej, zgadzamy się z nim potulnie) i perfekcyjnie zagospodarowanym na pokoje gościnne poddaszu oraz dużej jadalni i bawialnio-warsztatowni w stodole z niezbędną u podnóża Izer windą dla wózkowców*.

Jeszcze słowo o tym metrażu wzwyż. To pomysł pana D.(architekta). Doskonały. My, jako niewolnicy wyobraźni ludzi z wielkiej płyty, jakoś nie mogliśmy na to wpaść. Chcieliśmy pogodzić się z tą klaustrofobią! Jak dobrze, że ktoś nas oświecił.

Refleksja z zupełnie innej beczki:
Ale z nas starzy! Tylko Kłopotnica i Kłopotnica, urzędy i papierki, a tymczasem Okruch butów wiosennych nadal nie uświadczył... Na swoją obronę możemy rzec jedynie, że musimy się przeprowadzić, nim Stasiek zawrze przedszkolne znajomości. Mamy więc niecałe dwa lata...

________________________________________________
* Przez kopalnie, a w zasadzie dzięki nim, Góry Izerskie obfitują w asfaltowe drożyny, dzięki czemu można śmigać tam na dwóch kółkach, nie tylko rowerowych.
Po czeskiej stronie jest kilka wyznaczonych tras, ale i my możemy powoli przestać się wstydzić!
Oto szczegóły i dowody:
Na wózku

I jeszcze fotografia z wyprawy o znamiennym tytule "Izerbejdżan w jeden dzień" - widać solidną drogę, która, o ile pamięć nie zawodzi, ma coś wspólnego z kopalnią "Stanisław".