-A może byśmy tak sprzedali ten dom i wyremontowali nasz mirski apartament?
-Nie ma mowy!
-A czemu?
-Wolę mieć remont tam, niż tu!
Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.
Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.
sobota, 15 czerwca 2013
środa, 29 maja 2013
Status quo.
"Wszystko jest jak było, nic się nie zmieniło."
(Dzisiaj nie mamy czasu, gdyż cieszymy się z kłopotnickiej rzodkiewki.)
Jednak - jak wiadomo - nie ma tego złego.
Ale o tym niezaprzeczalnym, zbadanym empirycznie fakcie, napiszemy ponownie innym razem.(Dzisiaj nie mamy czasu, gdyż cieszymy się z kłopotnickiej rzodkiewki.)
niedziela, 19 maja 2013
Kosztorys.
Było o relaksie, a teraz będzie o jego braku. A może wcale niezupełnie?
Podczas nicnierobienia myślimy jednak odrobinę nad tak zwaną (nie)budową. Odrobinę konkretnie.
Jak powszechnie wiadomo - nie znamy się na budowaniu. Nie mamy także wielkiego pojęcia o finansowaniu budowania, poza tym (oczywiście!), że w tym kontekście znane jest nam dobrze słówko "dużo". No i (oczywiście!) nie bardzo wiemy, od czego zacząć, poza wstępem formalnym (kierownik budowy-dziennik budowy-nadzór budowlany-tablica informacyjna-geodeta) i poza tym, że już w sumie zaczęliśmy, bo jak by nie patrzeć mamy ziemię (a nawet jakieś mury) oraz projekt, a nawet pozwolenie na tę tam przebudowę z rozbudową.
Czy człowiek, który przejawia świadomość braku wiedzy na zadany wyżej temat nie powinien przypadkiem znaleźć jakiegoś innego człowieka, który z grubsza orientuje się w zawiłościach budów?
Naszej opinii na ten temat, wypracowanej jakieś trzy lata temu w wyniku postępowania po omacku i licznych zbiegów okoliczności, łatwo się domyślić - mamy wszak wspomniany (wałkowany i męczony) tutaj wielokrotnie projekt.
Czy raz wstąpiwszy na drogę legalizmu i (naszym, choć często niepopularnym zdaniem) rozsądku nie warto podążać nią dalej? Czy udanie się do fachowca po kosztorys mogłoby sprawić, że skutecznie odechce nam się zabawy w dom? Czy byłaby to bezsensowna strata czasu i wyrzucanie pieniędzy w błoto? A może uchroniłoby nas to przed błąkaniem się wśród sum rzucanych nam pod nogi przez mitycznych fachowców? Może dałoby nam to pogląd, pewność, możliwość dobrego zaplanowania etapów (nie)budowy? Może myślenie o forsie, keszu, hajsie w tym kontekście stałoby się jedną z bardziej relaksujących czynności w trakcie tego, co nas czeka?
Czy się zdecydujemy?
Otóż - decyzja jest z grubsza podjęta.
Jaka? Naszym zdaniem najlepsza, trochę spontaniczna, nieco wyważona, chwilę dyskutowana.
Klamka jednak (jeszcze) nie zapadła.
Podczas nicnierobienia myślimy jednak odrobinę nad tak zwaną (nie)budową. Odrobinę konkretnie.
Jak powszechnie wiadomo - nie znamy się na budowaniu. Nie mamy także wielkiego pojęcia o finansowaniu budowania, poza tym (oczywiście!), że w tym kontekście znane jest nam dobrze słówko "dużo". No i (oczywiście!) nie bardzo wiemy, od czego zacząć, poza wstępem formalnym (kierownik budowy-dziennik budowy-nadzór budowlany-tablica informacyjna-geodeta) i poza tym, że już w sumie zaczęliśmy, bo jak by nie patrzeć mamy ziemię (a nawet jakieś mury) oraz projekt, a nawet pozwolenie na tę tam przebudowę z rozbudową.
Czy człowiek, który przejawia świadomość braku wiedzy na zadany wyżej temat nie powinien przypadkiem znaleźć jakiegoś innego człowieka, który z grubsza orientuje się w zawiłościach budów?
Naszej opinii na ten temat, wypracowanej jakieś trzy lata temu w wyniku postępowania po omacku i licznych zbiegów okoliczności, łatwo się domyślić - mamy wszak wspomniany (wałkowany i męczony) tutaj wielokrotnie projekt.
Czy raz wstąpiwszy na drogę legalizmu i (naszym, choć często niepopularnym zdaniem) rozsądku nie warto podążać nią dalej? Czy udanie się do fachowca po kosztorys mogłoby sprawić, że skutecznie odechce nam się zabawy w dom? Czy byłaby to bezsensowna strata czasu i wyrzucanie pieniędzy w błoto? A może uchroniłoby nas to przed błąkaniem się wśród sum rzucanych nam pod nogi przez mitycznych fachowców? Może dałoby nam to pogląd, pewność, możliwość dobrego zaplanowania etapów (nie)budowy? Może myślenie o forsie, keszu, hajsie w tym kontekście stałoby się jedną z bardziej relaksujących czynności w trakcie tego, co nas czeka?
Czy się zdecydujemy?
Otóż - decyzja jest z grubsza podjęta.
Jaka? Naszym zdaniem najlepsza, trochę spontaniczna, nieco wyważona, chwilę dyskutowana.
Klamka jednak (jeszcze) nie zapadła.
piątek, 17 maja 2013
Co robimy, kiedy nic nie robimy?
Ano, oddajemy się hazardowi najwyższej próby
i machamy różnym takim miłym ludziom
(różni tacy mili ludzie widoczni są na rowerach, machamy zza kadru,a właściwie - zza obiektywu).
W międzyczasie sadzimy różany żywopłot (na konfitury i na pożytek najmniejszych obywateli naszej łąki). Rozsadzamy poziomki. Pakujemy do ziemi jakieś drzewa.
Jak widać, (nie)budowa idzie pełną parą.
piątek, 10 maja 2013
Wszystko kwitnie.
Najbardziej chyba rozbuchane są nasze chęci do działania, bo oczywiście jak pada i się nie bardzo może, to się najbardziej chce. No to siedzimy w domu (ale nie w tym, o którym tu ciągle mowa) i chcemy.
A kiedy czasem uda nam się przejechać obok Staruszka, uszczkniemy jakiegoś chwaścika, to znów rozsadzimy sałatę.
Trzeba by skończyć taras, zasadzić poziomki stacjonujące obecnie na naszym "miejskim" balkonie i pozbierać trylion czarnych, niemiłych ślimaczydeł, które zaraz po naszym wyjeździe zajmują się konsumpcją roślinnego żłobka. Na szczęście paproć, za którą bardzo jesteśmy wdzięczni niejakiemu D., już rośnie i niebawem da się z pewnością przerobić na ekologiczny oprysk odstraszający naszych najgorszych (i - mamy nadzieję - jedynych) wrogów.
A kiedy czasem uda nam się przejechać obok Staruszka, uszczkniemy jakiegoś chwaścika, to znów rozsadzimy sałatę.
Trzeba by skończyć taras, zasadzić poziomki stacjonujące obecnie na naszym "miejskim" balkonie i pozbierać trylion czarnych, niemiłych ślimaczydeł, które zaraz po naszym wyjeździe zajmują się konsumpcją roślinnego żłobka. Na szczęście paproć, za którą bardzo jesteśmy wdzięczni niejakiemu D., już rośnie i niebawem da się z pewnością przerobić na ekologiczny oprysk odstraszający naszych najgorszych (i - mamy nadzieję - jedynych) wrogów.

W każdym razie, gdy odwrócimy się do ich ulubionego miejsca plecami, możemy sobie popatrzeć na nasze rachityczne wiśnie i czereśnie.
Pracujemy na nimi i wygląda na to, że powoli zaczyna odnosić to jakiś skutek.

Wszystko to nie zmienia faktu, że to właśnie ten (no, może trochę bardziej dopracowany w niektórych szczegółach) obrazek chętnie widzielibyśmy codziennie, wracając do Domu.
P.s. Jak każdy wróg, także ten wyjątkowo niecny i wyjątkowo czarny(charakter), w swej strategii podejścia ofiary zawarł skuteczną broń - ułatwianie ofierze (czyli nam) życia - nie da się ukryć, że nikt, tak jak on, nie posprząta nam w ogrodzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



