Ot, takie małe apogeum bezsensu nam się w kwestii domu zalęgło. O imieniu stagnacja. Albo tkwienie.
Jak się jednak okazuje, nie bez przyczyny. To, co sprawia, że o jakichkolwiek działaniach postępowych mowy być nie może (czekanie na warunki zabudowy, projekt, pozwolenie na budowę), sprawia też, że jakakolwiek budowa będzie miała szansę się rozpocząć.
Czas, który działać miał nam na nerwy, okazuje się działać na naszą korzyść, jeśli chodzi o finanse. Przynajmniej taką mamy nadzieję, wykonując karkołomne, ryzykowne posunięcia, mające przesunąć naszą sytuację finansową z kategorii "nędznego budżetu" do sfery "fortuny", którą prędzej czy później (ze wskazaniem na prędzej) wpakujemy w ratowanie zagrzybionego i zgrzybiałego przybytku. Jak się okazało (po rzucie okiem na projekt koncepcyjny, który ostatecznie przyjęliśmy bez żadnego ale, dostrzegając, że to co wydawało nam się bez sensu, jest jednak głęboko uzasadnione) będziemy potrzebować dużo, dużo, dużo więcej siana, kasy, keszu, gotówki, złociszy, forsy... (Żeby nie było - nie jesteśmy zaskoczeni. Po prostu nadszedł odpowiedni moment, żeby spojrzeć prawdzie w oczy. Odpowiedni, czyli obfitujący w obiecujące perspektywy.)
Błąkanie się po meandrach biznesu przynosi nam nowe idee. Do ich realizacji (a tak nam przyszło do głowy, by przy okazji podnieść z ruiny Mirsk, trochę go rozruszać turystycznie) potrzeba tak dużo kasy, że bez szaleńczego kłusu przez parkiety (lub kolektury) się nie obędzie.
Jesteśmy przeklęci. Albo predestenowani. Jest też inne, bardziej adekwatne określenie. Jesteśmy po prostu głupi. Ale za to - jacy z siebie zadowoleni! Aż ręce nam opadają.
I jeszcze słowo o projekcie. Lifting będzie znaczący. Oto nowy look numeru 8, nieco bunkrzasty. Forteca wśród pól.

Chcieliśmy swobodnej wariacji na temat materiałów, z których zbudowany jest dom? No to ją mamy! Mamy też nadzieję, że nie zbankrutujemy, zanim nastanie wiosna.