Najbardziej chyba rozbuchane są nasze chęci do działania, bo oczywiście jak pada i się nie bardzo może, to się najbardziej chce. No to siedzimy w domu (ale nie w tym, o którym tu ciągle mowa) i chcemy.
A kiedy czasem uda nam się przejechać obok Staruszka, uszczkniemy jakiegoś chwaścika, to znów rozsadzimy sałatę.
Trzeba by skończyć taras, zasadzić poziomki stacjonujące obecnie na naszym "miejskim" balkonie i pozbierać trylion czarnych, niemiłych ślimaczydeł, które zaraz po naszym wyjeździe zajmują się konsumpcją roślinnego żłobka. Na szczęście paproć, za którą bardzo jesteśmy wdzięczni niejakiemu D., już rośnie i niebawem da się z pewnością przerobić na ekologiczny oprysk odstraszający naszych najgorszych (i - mamy nadzieję - jedynych) wrogów.
A kiedy czasem uda nam się przejechać obok Staruszka, uszczkniemy jakiegoś chwaścika, to znów rozsadzimy sałatę.
Trzeba by skończyć taras, zasadzić poziomki stacjonujące obecnie na naszym "miejskim" balkonie i pozbierać trylion czarnych, niemiłych ślimaczydeł, które zaraz po naszym wyjeździe zajmują się konsumpcją roślinnego żłobka. Na szczęście paproć, za którą bardzo jesteśmy wdzięczni niejakiemu D., już rośnie i niebawem da się z pewnością przerobić na ekologiczny oprysk odstraszający naszych najgorszych (i - mamy nadzieję - jedynych) wrogów.

W każdym razie, gdy odwrócimy się do ich ulubionego miejsca plecami, możemy sobie popatrzeć na nasze rachityczne wiśnie i czereśnie.
Pracujemy na nimi i wygląda na to, że powoli zaczyna odnosić to jakiś skutek.

Wszystko to nie zmienia faktu, że to właśnie ten (no, może trochę bardziej dopracowany w niektórych szczegółach) obrazek chętnie widzielibyśmy codziennie, wracając do Domu.
P.s. Jak każdy wróg, także ten wyjątkowo niecny i wyjątkowo czarny(charakter), w swej strategii podejścia ofiary zawarł skuteczną broń - ułatwianie ofierze (czyli nam) życia - nie da się ukryć, że nikt, tak jak on, nie posprząta nam w ogrodzie.



