Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

piątek, 10 maja 2013

Wszystko kwitnie.

Najbardziej chyba rozbuchane są nasze chęci do działania, bo oczywiście jak pada i się nie bardzo może, to się najbardziej chce. No to siedzimy w domu (ale nie w tym, o którym tu ciągle mowa) i chcemy.

A kiedy czasem uda nam się przejechać obok Staruszka, uszczkniemy jakiegoś chwaścika, to znów rozsadzimy sałatę.

Trzeba by skończyć taras, zasadzić poziomki stacjonujące obecnie na naszym "miejskim" balkonie i pozbierać trylion czarnych, niemiłych ślimaczydeł, które zaraz po naszym wyjeździe zajmują się konsumpcją  roślinnego żłobka.  Na szczęście paproć, za którą bardzo jesteśmy wdzięczni niejakiemu D., już rośnie i niebawem da się z pewnością przerobić na ekologiczny oprysk odstraszający naszych najgorszych (i - mamy nadzieję - jedynych) wrogów.

Na szczęście zainteresowania straszydeł nie budzą kwiatki, którymi nie możemy się nacieszyć.


 
 
Trudno im, tym ślimakom,wspinać się na drzewa. A może po prostu im się nie chce.
W każdym razie, gdy odwrócimy się do ich ulubionego miejsca plecami, możemy sobie popatrzeć na nasze rachityczne wiśnie i czereśnie.
Pracujemy na nimi i wygląda na to, że powoli zaczyna odnosić to jakiś skutek.


  Wszystko to nie zmienia faktu, że to właśnie ten (no, może trochę bardziej dopracowany w niektórych szczegółach) obrazek chętnie widzielibyśmy codziennie, wracając do Domu.


P.s. Jak każdy wróg, także ten wyjątkowo niecny i wyjątkowo czarny(charakter), w swej strategii podejścia ofiary zawarł skuteczną broń - ułatwianie ofierze (czyli nam)  życia - nie da się ukryć, że nikt, tak jak on, nie posprząta nam w ogrodzie.

wtorek, 7 maja 2013

O czekaniu, które nas zaskoczyło.

Rozważamy rozpoczęcie prac.
No...może raczej termin rozpoczęcia.
Nie bardzo potrafimy się zdecydować - jesień, czy może wiosna?
(Oczywiście - ta jesień i - oczywiście - nie ta wiosna.)

Z ambicji zrobienia WSZYSTKIEGO własnoręcznie, które towarzyszyły nam przy podejmowaniu decyzji o wejściu w posiadanie dziurawej rudery pośrodku niczego (ale za to z widokiem), niewiele już zostało. Trochę z przypadku. Trochę z rozsądku. Trochę z przymusu. I trochę z tego szczęścia, co to się go ma więcej niż rozumu.

Z tego rozsądku, z tego przypadku i z tego przymusu, a na dodatek  z tego szczęścia właśnie widujemy się z domem najczęściej przy okazji. Na przykład w drodze do dużego sklepu z materiałami budowlanymi, sklepu  na "C", do którego, jak można się domyślić, nie jeździmy wcale po materiały budowlane.

[Może to i dobrze, bo przed wielkim otwarciem (budowy) udało nam się już obłaskawić pana z działu "drewno". Wszak - na układy nie ma rady, a jak powszechnie wiadomo, dział "drewno" jest taki...no taki...jakby to ująć...dyskretny w nawiązywaniu jakiejkolwiek relacji z klientem.]

Przypuszczaliśmy, że historia z domem nas zaskoczy. Nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo. Podejrzewaliśmy, że będziemy musieli zmierzyć się z pewnymi okolicznościami. Okazało się, że okoliczności owszem, wystąpiły, tylko że są zupełnie inne niż te, których się spodziewaliśmy.
Nie ma jednak tego złego! Czas dany nam przez D., architekta, okazał się dla nas zbawienny, ten, który ofiarował nam pewien łąkowy, malutki, czarny charakterek też zapewne przyniesie nam sporo szczęścia.

W sprawie domu nie robimy nic. Bo mokro i nie ma kto skosić. Bo to z nas, którego gabaryty pozwalają na podźwignięcie i zamachnięcie się sprzętem koszącym jest aktualnie niezbyt wydolne, a to z nas, które jest wydolne, nie zostało wzięte pod uwagę przez producentów kos spalinowych przy projektowaniu sprzętu. A tej tradycyjnej kosy nie umiemy wyregulować.

Póki co, dosłownie i w przenośni, cierpimy za miliony i podziwiamy zalążek naszego przyszłego ogrodu.



(A w miniony weekend, za sprawą A., babci Okrucha,  przy biernym udziale trawy, co to jeszcze nie była taka wyrośnięta, udało się nam rozryć kawałek ziemi pod taras.)

piątek, 26 kwietnia 2013

Do roboty!

Podczas zastanawiania się nad noworoczną ideą odpuszczenia sobie robót w tym sezonie, zaczęliśmy odwiedzać Oldboja jakby częściej. W gruncie rzeczy jeździmy do Kłopotnicy niemal codziennie, po robocie, na dwie, czasami trzy godziny.
Zdarza nam się nawet otwierać drzwi do domu, czym w zeszłym roku wykazaliśmy się zaledwie kilkukrotnie.
Patrzymy i patrzymy. I patrzymy. I choć to wgapianie się nie ma przełożenia na żadną głośno wypowiedzianą deklarację w sprawie remontu, jakoś tak samo nam wychodzi.
Rozbieramy posadzkę w obórce (chlewiku, kurniku, stajence) i organizujemy sobie z niej drogę donikąd.
(Nabyliśmy nawet z tego tytułu 1,5 tony piasku - prawie jak budowa, co nie?)

Chodnik w stadium rozwojowym wygląda tak:


A wieńczyć będzie go taras.

Po co nam taras? Albo, inaczej, po co nam teraz taras?

Udało nam się ustalić, że brak miejsca do siedzenia i jedzenia wpływa niekorzystnie na moce przerobowe, których i tak nam brakuje. Dokładniej rzecz ujmując brakuje nam większej połowy mocy, która spędza czas na likwidowaniu Sterty, ze względu na ograniczone możliwości motoryczne.

Zatem - większa połowa spoczywa przy ognisku, grając w planszówki z Potomkiem, a mniejsza wydłubuje cegły spod wyjątkowo solidnej wylewki w oborze i oddaje się przyjemnościom brukarstwa, z którym, jak się można domyślić, ma do czynienia po raz pierwszy.

Jak wiadomo, nie ma jednak tego złego - dni Sterty są policzone! A już chcieliśmy się do niej przyzwyczaić.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Zjawiska paranormalne.


Ponieważ sami nie wiemy, czego chcemy, sięgnęliśmy po kolorowe czasopisma dla amatorów budów (słowo "amator" jest, szczególnie w naszym przypadku, bardzo na miejscu).

O dziwo znaleźliśmy tam, poza mimochodem ulokowanymi produktami, odpowiedź na najtrudniejsze pytanie: "Od czego by tu zacząć?"; okazało się, że wybór jest niewielki. W zasadzie w ogóle go nie ma.
I całe szczęście!
Kierownik budowy - nadzór budowlany - geodeta. Formalnie, bez paprania się w eufemistycznie rzecz ujmując "nieczystościach" (co i tak sobie wczoraj zafundowaliśmy, bo nam się zrodziło, w ramach prac ogrodowych, zapotrzebowanie na cegłę z posadzki w obórce).

Wracając jednak do czasopism...przyjrzyjcie się gapiom!



piątek, 12 kwietnia 2013

Stoimy w miejscu.

 Nie bardzo jest się jak ruszyć, albo - dokładniej rzecz ujmując - nie bardzo wiadomo, gdzie się ruszyć.
(Gdybyśmy chcieli być precyzyjni, musielibyśmy powiedzieć, że to my nie wiemy jak i gdzie się ruszyć, ale darujmy sobie szczegóły.)

Na myśl o budowie ogarnia nas blady strach - trzeba by zadzwonić do jakiegoś kierownika, do kilku Krzychów i Rychów, by dowiedzieć się, czy chętnie wystawią rachunki i faktury...tylko że to oznaczałoby początek! A czekanie jakoś tak weszło nam w krew. Jak widać. (Chociaż my widzimy postępy.)


Zadowoleni z życia pielęgnujemy więc okoliczne znajomości i myślimy o urealnieniu kolejnych, baaardzo obiecujących.

No i sadzimy kwiatki.  Motywująca siła szybkiego efektu (bo przecież czekać trzeba na nie TYLKO kilka miesięcy) jest nie do przecenienia.


Aż się chce...sadzić.