Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.

Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.

niedziela, 23 października 2011

Co robi właściciel starego domu pod nieobecność pozwolenia na budowę, czyli wizualizacja.

Mieliśmy napisać o naszym poglądzie na architekturę, bo nawet jakiś mamy, o pokucie i sugestii w związku z przebudową, o tym, że spotkaliśmy pewnych napływowych Grudziaków,ale dwie pierwsze kwestie będą nas zajmowały pewnie dogłębniej, gdy już zstąpi na nas pozwolenie na budowę, a temat spotkania mamy nadzieję jeszcze rozwinąć.
Zanotujemy jedynie, że po dwóch latach od dostania się pod wpływ numeru 8 zaczęliśmy wyjawiać sobie nawzajem, jakie mamy zdanie na wspomniany wyżej temat. Okazało się, że takie samo.

Póki co ponownie zaczyna nam się sypać dach.



Mamy nadzieję, że los zaaplikuje nam jakiś cud finansowy i - zamiast kolejnej naprawy - wiosną lub latem zafundujemy mu rozbiórkę.

Poza tym jeździmy na włości głównie w celu planowania spektakularnych przedsięwzięć:



poniedziałek, 17 października 2011

Gdzie jest nasza taczka?

Straciliśmy rachubę, jeżeli chodzi o ilość tajemniczych zniknięć rozmaitych przedmiotów w naszym obejściu...

Wiemy już na pewno - żadnego zaczynania prac przed uzyskaniem wydolności finansowej, mogącej doprowadzić do sprawnego remontowania i zamieszkania bez odwlekania. Czasem myślimy nad przyczepą, w której czailibyśmy się na rzezimieszków...

P.s.Poza udaniem się taczki w nieznane wczoraj było zupełnie fantastyczne:)

Jedyna fotografia, jaką popełniliśmy, to nasz Potomek pożerający rząśnickie maliny.
Dość wampiryczna. Może następnym razem uchwycimy coś sielskiego, nadającego się do publikacji.

sobota, 15 października 2011

Wygasłe wulkany i ciepło kaflowych pieców.

Pół roku gdzieś się nam zdążyło zawieruszyć, nim ponowiliśmy poszukiwania rząśnickiego (a właściwie, by być w zgodzie z mieszkańcami tegoż, kolonijnego) obejścia.

Możemy odnotować: 14.10.2011 - Rząśnik-Orzechowice.

Veni, vidi, Apfelwein.

Wizyty tego rodzaju są niezmiernie mobilizujące. Bez choćby jednego, zauważalnego gołym okiem, postępu długo nasze sumienia nie pociągną. Póki co pocieszamy się cudzym szczęściem.

Zdjęć nie ma - tak bardzo staraliśmy się nie zgubić ponownie w okolicach Wlenia, że zapomnieliśmy o spuście i migawce.

piątek, 7 października 2011

Hańba!

Miał być dziennik, a jest dwutygodnik...

W zeszłym tygodniu odwiedzili nas liczni krewni i znajomi.
I.i C., A. i W. oraz W. i S. . Na dokładkę napatoczyli się Śledzibowcy, którym zrewanżowaliśmy się wizytą kilka dni temu.

Wspominaliśmy już, że nad obejściem (no dobra, konkretnie w obejściu, sugestii nie umieliśmy odczytać) zapłakała dwumiesięczna A., przybyła do nas z rodzicami?

W międzyczasie brataliśmy się (i czynimy to nadal) z uroczą ludnością autochtoniczną.
Przynajmniej tak bardzo autochtoniczną, jak się da.


Jeżeli mielibyśmy wspominać o pracach polowych... rozebraliśmy murek w celu skonstruowania nowego, bo tam, gdzie stał stary jeździły będą koparki (może za trzy lata, ale zapobiegliwość nigdy nam jeszcze nie zaszkodziła). Zaczęliśmy budować ogrodzenie wzdłuż granicy działki.

A dzisiaj, z komentarza pod poprzednim postem, dowiedzieliśmy się, że jacyś szaleni remonciarze z Poznania dostali się pod wpływ domu za miedzą, w Grudzy!