Dziennik nieco zapuszczony, prawie jak nasza działka, której do wczoraj trzeba było szukać z lupą pośród rozległych traw.
Notujemy więc:
-ze skrawka gruntu o wymiarach 3x3 m wygrzebaliśmy szklankę potłuczonego szkła,
-ukradliśmy trochę kamieni z lasu (znaleźliśmy ładną stertę obiecującego gruzu, więc to prawie recycling...prawie, bo sterta zarosła i się zgubiła, więc ogołociliśmy las z kilku minigłazów, na oko także pochodzenia rozbiórkowego),
-w międzyczasie i przy okazji wpadliśmy to tego urzędu, co to ma dwa lata na rozpatrzenie- efekt wizyty raczej obiecujący,
-okazało się też, że projekt jest gotowy - gotowy, to znaczy, że został wysłany "do branż"(dlatego jeszcze nie zapraszamy na czczenie wiekopomnej chwili).
Moglibyśmy wspomnieć o paleniu siana i gałęzi, ale już troszkę nam się znudziło. Wspominanie.
Szacowanie terminu otrzymania pozwolenia na budowę tak nam spowszedniało, że w końcu staliśmy się na tę kwestię obojętni.
O postępach widocznych na pierwszy rzut oka nadal trudno mówić.
Przez dwadzieścia jeden miesięcy do wielu rzeczy można się przyzwyczaić.

Nieprzerwanie jest jednak ładnie:)