Jedzie sobie człowiek spokojnie do hurtowni jednej i drugiej, mijając po drodze do wielkiego miasta swój przyszły dom i co widzi? Nie ma furtki! Dziwi się trochę, ale musi załatwić księgowych, policzyć się z hurtownikami i zrobić skok na pocztę, więc postanawia, że zatrzyma się w drodze powrotnej.
No i co? Czaimy się na tym naszym pastwisku, podchodzimy bliżej i jest! Jest ... furtka.
Leży horyzontalnie u naszych stóp wyjęta z zawiasów.
Poza tym nie dzieje się nic.
Można by pomyśleć, że to dzięki odezwie do rzezimieszków, ale jeszcze jej nie wyprodukowaliśmy.
P.s.Żeby wszystko było jasne - ta furtka zamknięta jest na drut, zarzucany na nią i płot jednocześnie. Wystawianie jej z zawiasów ... no cóż. Chyba na wielokropku poprzestaniemy... .
Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom.
Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.
wtorek, 19 października 2010
niedziela, 17 października 2010
Może to nie jest górski grzbiet...
ale da się na to zerkać z przyjemnością wiele, wiele razy.
Nawet, jeśli czeka nas to przez kilka... a może nawet wiele lat.

P.s.Nie napisaliśmy jeszcze o Pani i Panu D., którzy opuścili ten widok dla Wrocławia.
Szczerzy, uczciwi, sympatyczni, nadzwyczajni.
Normalnie cieszymy się, że wpadną za dobrych kilka dni po resztę swoich rzeczy i będziemy mogli ich znowu spotkać:)
Nawet, jeśli czeka nas to przez kilka... a może nawet wiele lat.

P.s.Nie napisaliśmy jeszcze o Pani i Panu D., którzy opuścili ten widok dla Wrocławia.
Szczerzy, uczciwi, sympatyczni, nadzwyczajni.
Normalnie cieszymy się, że wpadną za dobrych kilka dni po resztę swoich rzeczy i będziemy mogli ich znowu spotkać:)
piątek, 8 października 2010
Odezwa do rzezimieszków.
Dystans zmniejszony nie oznacza wcale braku włamań. Odnotowaliśmy kilka dni temu kolejne.
W sumie, poza pewnym niesmakiem, wynikającym z faktu że ktoś obcy buszuje po, bądź co bądź, naszym domu, machnęlibyśmy na to ręką. Ale horda rzezimieszków zaczaiła się na naszą kłusowniczą machinę do czesania jagód, której oczywiście nie mieliśmy zamiaru używać, a jedynie napawać się jej przemyślaną podstępnością i piętnem iście archeologicznego odkrycia, które na sobie nosi...
Cierpienie nasze jest niepomierne. Nawet fakt, że już prawie trzy miesiące czekamy na warunki zabudowy, nie przyćmiewa tego nieszczęścia.
Postanowiliśmy! Wywiesimy na drzwiach odezwę do narodu, informująca uprzejmie, że TAM NA PRAWDĘ NIC NIE MA, a jak ktoś coś chce, to niech sobie do nas zadzwoni, to mu normalnie otworzymy, i niechaj się zaopatruje w te kożuchy, których jeszcze nie zdołaliśmy wywieźć.
Pomysł z pozoru może wydać się głupi. Ale cóż począć, kiedy szkodliwość społeczna czynu niska (poniżej 200 złotych polskich) i policja nic by tu nie zaradziła.
Tymczasem, abstrahując od kroniki kryminalnej, zdołaliśmy oprowadzić po włościach Szefa, oraz Ciocię K. i Wujka M., którzy dowieźli nam stertę naszych przedmiotów, zamieszkujących dotychczas wiele piwnic i garaży.
Zdążyliśmy też na dobre zabujać się w Mirsku, w tej górze, co to ją widać, jak się wraca z poczty ulicą Betleja, w tych wieżach górujących nad miastem, kiedy się ciągnie ku niemu z Kłopotnicy, w tych secesyjnych okuciach płotków i szachulcowych willach i w widoku z naszego okna (który z pewnością trafi na bloga, kiedy tylko dostąpimy zaszczytu podłączenia do jakiejś sprawnie działającej Sieci). Jednym słowem - wpadliśmy po uszy.
Na zakończenie - smaczek urzędowy. To, że wypełniłeś NIP-3 na okoliczność przeprowadzki i zmiany Naczelnika Urzędu Skarbowego nie oznacza, że nie będziesz musiał jechać do poprzedniego właściwego urzędu, w celu uzupełnienia brakującego podpisu. Bo do końca roku to oni zajmują się naszą sprawą. No bardzo śmieszne! Na szczęście akurat wybieramy się w rodzinne strony w innych celach...
W sumie, poza pewnym niesmakiem, wynikającym z faktu że ktoś obcy buszuje po, bądź co bądź, naszym domu, machnęlibyśmy na to ręką. Ale horda rzezimieszków zaczaiła się na naszą kłusowniczą machinę do czesania jagód, której oczywiście nie mieliśmy zamiaru używać, a jedynie napawać się jej przemyślaną podstępnością i piętnem iście archeologicznego odkrycia, które na sobie nosi...
Cierpienie nasze jest niepomierne. Nawet fakt, że już prawie trzy miesiące czekamy na warunki zabudowy, nie przyćmiewa tego nieszczęścia.
Postanowiliśmy! Wywiesimy na drzwiach odezwę do narodu, informująca uprzejmie, że TAM NA PRAWDĘ NIC NIE MA, a jak ktoś coś chce, to niech sobie do nas zadzwoni, to mu normalnie otworzymy, i niechaj się zaopatruje w te kożuchy, których jeszcze nie zdołaliśmy wywieźć.
Pomysł z pozoru może wydać się głupi. Ale cóż począć, kiedy szkodliwość społeczna czynu niska (poniżej 200 złotych polskich) i policja nic by tu nie zaradziła.
Tymczasem, abstrahując od kroniki kryminalnej, zdołaliśmy oprowadzić po włościach Szefa, oraz Ciocię K. i Wujka M., którzy dowieźli nam stertę naszych przedmiotów, zamieszkujących dotychczas wiele piwnic i garaży.
Zdążyliśmy też na dobre zabujać się w Mirsku, w tej górze, co to ją widać, jak się wraca z poczty ulicą Betleja, w tych wieżach górujących nad miastem, kiedy się ciągnie ku niemu z Kłopotnicy, w tych secesyjnych okuciach płotków i szachulcowych willach i w widoku z naszego okna (który z pewnością trafi na bloga, kiedy tylko dostąpimy zaszczytu podłączenia do jakiejś sprawnie działającej Sieci). Jednym słowem - wpadliśmy po uszy.
Na zakończenie - smaczek urzędowy. To, że wypełniłeś NIP-3 na okoliczność przeprowadzki i zmiany Naczelnika Urzędu Skarbowego nie oznacza, że nie będziesz musiał jechać do poprzedniego właściwego urzędu, w celu uzupełnienia brakującego podpisu. Bo do końca roku to oni zajmują się naszą sprawą. No bardzo śmieszne! Na szczęście akurat wybieramy się w rodzinne strony w innych celach...
środa, 29 września 2010
Nowy dom.
"Dom" w przenośni rzecz jasna, czyli mieszkanie. Nie porwaliśmy się na kolejną ruinę, a jedynie zmieniliśmy dystans do tej naszej jedynej, dobrze rokującej, tętniącej nadziejami na realizację wszelkich planów dotyczących prywatnego domu kultury, którego fundamenty już stoją (w naszych głowach oczywiście, nie żeby budowa drgnęła).
W każdym razie dzisiaj przeprowadzamy się do miasta-widma. Kto był i widział, ten wie. Można zrobić tak, żeby perełka zamieniła się w potencjalne gruzowisko. Ktoś tam intensywnie nad tym pracuje. Maczała w tym palce rewolucja przemysłowa, maczała historia, ale prawdziwych - decyzyjnych - rękoczynów dopuścił się kto inny.
Ledwie się człowiek dowiedział, gdzie można kupić dobry chleb (nawiasem mówiąc - w mięsnym), a już czekają go nowe poszukiwania...
P.s.Serdecznie dziękujemy Cioci I. i Wujkowi P. za oszczędzenie nam eksperymentu pod tytułem - jak przeprowadzić pralkę z dzieckiem na ręku.
W każdym razie dzisiaj przeprowadzamy się do miasta-widma. Kto był i widział, ten wie. Można zrobić tak, żeby perełka zamieniła się w potencjalne gruzowisko. Ktoś tam intensywnie nad tym pracuje. Maczała w tym palce rewolucja przemysłowa, maczała historia, ale prawdziwych - decyzyjnych - rękoczynów dopuścił się kto inny.
Ledwie się człowiek dowiedział, gdzie można kupić dobry chleb (nawiasem mówiąc - w mięsnym), a już czekają go nowe poszukiwania...
P.s.Serdecznie dziękujemy Cioci I. i Wujkowi P. za oszczędzenie nam eksperymentu pod tytułem - jak przeprowadzić pralkę z dzieckiem na ręku.
niedziela, 12 września 2010
Tania siła robocza zapełnia wiosenny grafik.
Taka miła zapowiedziana niespodzianka!
J. i J., z dwoma osobnikami rasy szczurzej, zahaczyli (z własnej, nieprzymuszonej woli, co nas niezmiernie cieszy i urzeka) w drodze powrotnej z urlopu o naszą drogą Kłopotnicę.
Stawiliśmy się więc na spotkanie, które zaowocowało stwierdzeniem J.:
-Skoro już wiemy, jak to wygląda, nie pozostaje nam nic innego, jak przyjechać tu na wiosnę i wam pomóc.
Zebraliśmy nieco najsłodszych na świecie śliwek, zerknęliśmy do rowu, obejrzeliśmy kilka okazałych muchomorów w rębiszowskim lesie i wróciliśmy tyrać w pocie czoła na nasz prywatny dom kultury.
Nadal jesteśmy przekonani, że się nam uda, mimo że od poznania się z numerem 8 minie niebawem rok, a efekty prac są takie, że można by pomyśleć, iż przez ten rok zrobiliśmy dokładnie... nic.
J. i J., z dwoma osobnikami rasy szczurzej, zahaczyli (z własnej, nieprzymuszonej woli, co nas niezmiernie cieszy i urzeka) w drodze powrotnej z urlopu o naszą drogą Kłopotnicę.
Stawiliśmy się więc na spotkanie, które zaowocowało stwierdzeniem J.:
-Skoro już wiemy, jak to wygląda, nie pozostaje nam nic innego, jak przyjechać tu na wiosnę i wam pomóc.
Zebraliśmy nieco najsłodszych na świecie śliwek, zerknęliśmy do rowu, obejrzeliśmy kilka okazałych muchomorów w rębiszowskim lesie i wróciliśmy tyrać w pocie czoła na nasz prywatny dom kultury.
Nadal jesteśmy przekonani, że się nam uda, mimo że od poznania się z numerem 8 minie niebawem rok, a efekty prac są takie, że można by pomyśleć, iż przez ten rok zrobiliśmy dokładnie... nic.
Subskrybuj:
Posty (Atom)